poniedziałek, 22 grudnia 2025

Eho Poezji - „Zawieszenie dłoni” Katarzyna Hudy


Czasem największym wydarzeniem dnia jest moment, w którym przestajesz walczyć z własnym zmęczeniem. Kładziesz dłoń na blacie, czujesz pod palcami chłód drewna i nagle rozumiesz, że nie musisz być dzisiaj nikim wielkim. Wystarczy, że jesteś. Właśnie w taką ciszę – kruchą jak opłatek i gęstą od niewypowiedzianych jeszcze słów – wchodzi ta książka. To nie jest lektura na szybkie popołudnie między jednym a drugim e-mailem. To zaproszenie do tego, by usiąść przy oknie, odstawić letnią już herbatę i pozwolić sobie na luksus bycia kruchym. Bo w świecie, który wymaga od nas pancerza, Katarzyna Hudy proponuje nam coś znacznie odważniejszego: powrót do prostej, bezbronnej prawdy o tym, co czujemy, gdy nikt nie patrzy.

Zawieszenie dłoni” objawia się jako tomik poezji niezwykłej próby — pełnej czułości, a jednocześnie zadziwiająco logicznej w swojej emocjonalności. To twórczość, w której wrażliwość nie jest słabością, lecz najdoskonalszą formą poznania; w której prostota staje się narzędziem filozoficznej przenikliwości, a codzienność odsłania metafizykę. Poetka zatrzymuje pędzący świat, pozwalając czytelnikowi „zatrzymać pendolino czasu” i przypomnieć sobie, że duszy należą się „kąpiele z dobrych myśli i okłady z wybaczeń”, zanim proza życia znów przykryje ją obowiązkami. Pisze tak szczerze, że można „rozpłakać się jak dwulatek, bo nie tak pokrojone jabłko”, odzyskując prawo do swojej kruchości — i to właśnie stanowi jeden z najważniejszych aktów tej poetyckiej księgi.

Ta logika emocji, o której wspomina autorka, jest niezwykle trzeźwa. Nie ma tu histerii, jest za to precyzyjna zgoda na bycie niedoskonałym. Gdy myślę o tym źle pokrojonym jabłku, widzę w nim metaforę wszystkich naszych porażek w komunikacji ze światem. To zawieszenie dłoni nad losem staje się wtedy gestem błogosławieństwa dla własnej słabości. Idę dalej, śledząc wzrokiem linie, które czas wyżłobił nie tylko w papierze, ale i w nas samych.

Tomik otwierają wiersze, które przyjmują twarz jako mapę doświadczeń. „Zmarszczki”, będące jedną z najważniejszych miniatur całego zbioru, pokazują, że każda linia, każdy ślad zapisany na skórze jest „matrycą naszego losu”, archiwum wszystkich burzliwych podróg, jakie odbyliśmy. Lustro, które często bywa wrogiem współczesnego człowieka, staje się tu „dobrym przyjacielem”, świadkiem, który niczego nie ocenia — jedynie przypomina. Taka interpretacja własnego życia jest odzyskaniem godności i głębokiego współczucia wobec siebie.

Wewnętrzny dialog, który budzi się podczas lektury tych słów, każe mi zapytać samego siebie: ile razy odwracałem wzrok od lustra, nie chcąc czytać tej matrycy? Hudy zmusza do zatrzymania się. To współczucie, o którym pisze, nie jest litością – to profesjonalna, niemal biologiczna akceptacja faktu, że życie zostawia ślady. To przygotowanie do drogi przez własne, wewnętrzne ciemności.

W „Ciemnej dolinie” i „Pamięci o zapominaniu” Hudy ukazuje duchowy wymiar walki z losem. „Może pójdę ciemną doliną i tym razem przejdę ją całą” — to deklaracja odwagi, która nie wynika z heroizmu, lecz z akceptacji własnych ran. Poetka uczy, że odpuszczenie jest większą siłą niż zaciśnięte pięści, a lekcja serca jest najważniejszą lekcją życia. Kiedy pisze: „czasem zapominam, że potrafię wziąć głębszy oddech”, czytelnik widzi w tych słowach siebie — swoją walkę, swoje zapomnienia, swoją potrzebę czułości. Ten motyw — zawieszenia dłoni nad własnym losem, zanim podejmie się kolejny krok — jest jednym z kluczowych symboli tomiku „Zawieszenie dłoni”.

To wstrzymanie oddechu, ta pauza przed krokiem, to moment, w którym człowiek odzyskuje wolność. Nie jesteśmy już tylko reakcją na ból, stajemy się odpowiedzią na niego. W tym świecie, gdzie każdy chce być głośny, Katarzyna Hudy celebruje tych, którzy działają w ciszy, tych, których bohaterstwo nie mieści się w nagłówkach gazet, ale w codziennym, żmudnym trwaniu.

W „Pieśni o komandosach” Hudy tworzy jeden z najpiękniejszych hołdów codziennym bohaterom, jacy pojawili się we współczesnej poezji. Ludziom, którzy „nie zawsze ubierają mundury”, częściej noszą „trampki i zwykłe swetry”, a jednak „po wodzie chodzą też”. To subtelna przypowieść o sile ukrytej, niechcącej aplauzu, o męstwie, które objawia się w ciszy, w patrzeniu przez okno z nadzieją, w oddechu mierzonym metrami samotności. Serce „nie łamie im się, przecież to mięsień nie lód”, ale potrafi zadrżeć „kruchym opłatkiem”. Czytelnik uczy się tu tego, że wielkość człowieka mierzona jest pokorą.

Autorka z niezwykłą precyzją operuje prostą metaforą: „oddechem mierzą metry”, co staje się zapisem ludzkiego wysiłku, by iść dalej krok po kroku, nawet wtedy, gdy jest ciężko. Serce „nie łamie im się, przecież to mięsień nie lód”, a jednak potrafi drżeć — nucąc „po cichu, bez nut”. To poezja, która nie opowiada o heroizmie w wielkim stylu, lecz o codziennej wytrwałości, o umiejętności „malowania radości, albo przynajmniej szkicu”, kiedy pełnia nie jest możliwa.

Zauważam, że ten szkic radości jest często cenniejszy niż jej pełny obraz. Jest w nim prawda o wysiłku. Komandosi w trampkach to my wszyscy, gdy wstajemy rano, mimo że noc była za krótka na wybaczenie sobie wszystkiego. Ta pokora, o której pisze poetka, jest fundamentem, na którym można zbudować dom, nawet jeśli jedynym materiałem jest ciche „to nic”.

Szczególnie poruszająca jest obecna w tym wierszu pokora — gdy nie mogą być w domu na święta, mówią tylko „to nic”. W tych dwóch słowach zawiera się zarówno siła, jak i cicha tęsknota. Obraz „chodzenia po wodzie” nie jest tu triumfem, lecz delikatnym znakiem nadziei: wynurzania się z ciężaru smutku i gotowości, by iść dalej. Bohaterowie nie patrzą z żalem na życie — spoglądają przez okno, licząc na małe cuda, a przecież samo to, że potrafią trwać, już jest cudem. Wiersz domyka się gestem szczególnym: nie łamią się nigdy, a jeśli już — to tylko „kruchym opłatkiem”, w którym mieści się ciepło, wspólnota i człowieczeństwo.

I nagle ta metafizyka schodzi do kuchni. Tam, gdzie życie smakuje najbardziej surowo. Widzę postać pochyloną nad garnkiem, słyszę tykanie zegara, które odmierza czas przeznaczony na smutek i na karmienie innych. To jest ten punkt styku między duchem a materią, o którym Hudy pisze z taką bezwzględną czystością.

Wiersz „Zupa” jest jednym z najwybitniejszych momentów tomiku — i jednym z najdoskonalszych przykładów warsztatu autorki. Maleńka scena gotowania obiadu zostaje podniesiona do rangi kosmicznego dramatu. „Łzy kapały prosto na łyżkę” i „łykać własne łzy” — te obrazy uderzają swoją siłą, bo odsłaniają prawdę o człowieku, który w domowej kuchni przeżywa największe swoje bitwy. W tym utworze prostota jest geniuszem; minimalizm słowa osiąga maksimum znaczenia.

Hudy nie boi się dotykać tematów trudnych, jak w wierszu „Bieda”. Nie chodzi tu o brak pieniędzy, lecz „biedę mentalną”, w której człowiek traci zdolność dostrzegania drugiego. Autorka ostrzega, że „mysz kościelna będzie bogatsza” od kogoś, kto nie umie „uszanować różnorodności drugiego człowieka”. To apel o czułość wobec świata i o zrzucenie masek, które oddalają ludzi bardziej niż pusty portfel.

Refleksja nad biedą prowadzi nas do bogactwa, które jest ukryte w pamięci. W przedmiotach, które niosą zapach osób już nieobecnych. Ta ciągłość pokoleniowa, ten szacunek do rytmu natury i pracy rąk, jest w tej poezji kojący. To powrót do źródeł, gdzie mleko w kance jest symbolem bezpieczeństwa i stałości wszechświata.

Głębia filozoficzna tomiku polega również na niezwykłej umiejętności zamieniania życia codziennego w mit. Babcia Emilka z „Kanki”, która „myła kanki a o świcie wystawiała w nich mleko”, nie jest tylko postacią rodzinną — staje się figurą porządku, rytmu i pokory. Podobnie „termos”, oferujący „godzinę pożyczoną z zaplanowanego losu”, jest symbolem sprzeciwu wobec pośpiechu współczesności.

Wiersz „Termos” wprowadza do tomu szczególny rodzaj zmęczenia — nie fizycznego, lecz egzystencjalnego. W świecie „ekspresów do kawy pitej w biegu” i urządzeń, w których „obiad sam się zrobi”, pojawia się nagle potrzeba czegoś mniejszego, cichszego, bardziej własnego. „Czasem termos jest w sam raz” — ten wers brzmi jak osobiste przyznanie się do granicy, do momentu, w którym człowiek nie chce już nadążać. „Godzina pożyczona z zaplanowanego losu” staje się tu nie luksusem, lecz formą ratunku — przestrzenią, w której można jeszcze poczuć deszcz, wiatr i ziemię „tuż obok, a jednak dużo dalej od nas”. To wiersz o wyborze uważności zamiast nadmiaru i o potrzebie schronienia, które nie izoluje, lecz przywraca kontakt ze sobą.

To poetka, która z filiżanki, z truskawki, z łyżki, z okna potrafi uczynić bramę do sensu. W „Truskawkach” codzienny gest przygotowania dżemu urasta do rangi rytuału. Pod wieczkami konfitur spoczywa „matczyna miłość, ból nóg i trochę lata” — obraz, który sam staje się modlitwą o czułość.

Tomik jest również afirmacją ludzkiej relacyjności, czego wyrazem jest wiersz „Różnice”. „To, czego o sobie nie wiemy, przerzuca ku nam mosty” — zdanie to brzmi jak łagodny manifest przeciw światu podziałów.

Pamięć o zapominaniu” jest wierszem szczególnie kruchym, jakby zapisanym w chwili zatrzymania, gdy nie ma już siły udawać ciągłej gotowości. „Czasem zapominam, że potrafię wziąć głębszy oddech” — to wyznanie nie domaga się odpowiedzi, lecz zrozumienia. Poetka odsłania tu codzienność, w której odpowiedzialność za świat bywa ważniejsza niż odpowiedzialność za własny rytm serca. Gdy pisze, że „duszy też się należą kąpiele z dobrych myśli i okłady z wybaczeń”, przywraca proporcje pomiędzy tym, co pilne, a tym, co konieczne. Ten wiersz nie przynosi ulgi wprost, ale pozwala ją nazwać — staje się zapisem cichego powrotu do siebie, zanim zapomnienie stanie się trwałym stanem istnienia.

Kończę tę podróż po wersach Katarzyny Hudej z poczuciem, że moje własne zawieszenie dłoni znalazło wreszcie swój sens. To nie był stracony czas, to była godzina pożyczona od przeznaczenia, by zrozumieć, że każdy oddech jest zwycięstwem.

Całość tomu „Zawieszenie dłoni” układa się w mapę drobnych cudów i wielkich zmagań. To poezja, która uczy „vidzieć, a nie tylko patrzeć”, i pozwala „uwierzyć znowu w szepty własnej duszy”. Czytelnik kończy tę książkę odmieniony — czulszy, łagodniejszy, głębszy. I być może to jest jej najprawdziwsza wartość.



© Withkacy Zaborniak


środa, 3 grudnia 2025

Święto Czekania czy Rok Miłości? Filozofia Obdarowania 365 Dni.

 


Czym jest miłość, jeśli potrzebuje kalendarzowego przypomnienia, by się objawić? To pytanie, które powinno wybrzmiewać w nas z każdą nadchodzącą datą uznawaną za „wyjątkową” – datą, która rzekomo ma sankcjonować akt hojności. Miłość, która jest prawdziwa, jest stanem ciągłym, a nie przerywanym wydarzeniem.


Przyjrzyjmy się zjawisku corocznej gorączki obdarowywania. Widzimy piękny spektakl: sklepy pękają w szwach, reklamy obiecują szczęście w eleganckich opakowaniach, a my, wciągnięci w tę zbiorową narrację, czujemy nagły, palący obowiązek, by pokazać, że nam zależy. Ale dlaczego ten obowiązek budzi się w nas akurat pod wpływem tych samych tradycji, które często mają niejasne korzenie – czasem pogańskie, czasem synkretyczne, zawsze jednak oderwane od najgłębszej, duchowej esencji stałości i prawdy? Prawdziwe poszukiwanie duchowości uczy nas, że wartość działania leży w jego motywie, a nie w okolicznościach. Działanie wynikające z presji czasu lub tradycji zawsze będzie mniej czyste niż spontaniczny wyraz serca.


Właśnie w tym punkcie rodzi się najbardziej fundamentalne pytanie: jeśli nasza miłość do drugiej osoby jest tak wielka, jak deklarujemy, dlaczego przez cały rok potrafimy o niej zapomnieć? Dlaczego pozwalamy, by codzienna rutyna, pośpiech i zmartwienia na 11 miesięcy przykryły świadomość, że obok nas jest ktoś, kto jest naszym największym darem? To jest kluczowa refleksja: nasza uwaga i pamięć o drugim człowieku są cenniejsze niż jakikolwiek przedmiot. Dlaczego więc tę cenną walutę oszczędzamy i wydajemy tylko raz, w jednorazowym, masowym akcie? W tym rocznym zaniedbaniu ukrywa się subtelna, lecz destrukcyjna hipokryzja, która umniejsza rzeczywistą wartość relacji.


Ten jeden, symboliczny dzień – nazwijmy go Dniem Mikołaja, czy jakkolwiek inaczej – staje się dla wielu złudną iluzją i emocjonalnym alibi. Pozwala nam na chwilę odetchnąć i uwierzyć, że jednorazowy, nawet hojny gest, zmyje nasze całoroczne zaniedbania w komunikacji, uwadze czy wsparciu. Ta atmosfera jest urokliwa, owszem, ale czy nie jest ona jedynie zasłoną dymną, która ma ukryć brak stałej, niezawodnej hojności w pozostałe dni? Jest to swoisty emocjonalny post, przerywany jednodniową ucztą. Prawdziwa głębia miłości polega na gotowości do codziennej ofiary z własnego czasu i ego, a nie na łatwej, jednorazowej transakcji materialnej.


Co jest cenniejsze: impuls czy cykl? Prawdziwe, dojrzałe relacje i miłość, która ma stanowić nasz fundament, nie mogą opierać się na impulsie wywołanym przez kalendarz. Muszą być one, niczym oddech, nieustannym, świadomym cyklem dawania. Ten cykl oznacza prymat bycia nad posiadaniem. Oznacza, że naszą uwagę koncentrujemy na tym, kim jesteśmy dla siebie nawzajem, a nie na tym, co sobie kupujemy. Hojność nie może być zewnętrznym atrybutem daty, lecz wewnętrzną cechą charakteru, manifestującą się każdego dnia. Właśnie w tym nieustannym cyklu odnajdujemy cichą, lecz najważniejszą puentę życia: człowiek został stworzony do dawania, a największą nagrodą za miłość jest możliwość jej ciągłego okazywania.


Dlatego warto zadać sobie merytoryczne pytania, które wywrócą ten stereotyp do góry nogami i poszerzą naszą refleksję: Jaki jest prawdziwy motyw prezentu, który daję pod przymusem kulturowym? Czy jest to czysta radość obdarowywania, czy lęk przed społecznym potępieniem lub poczucie winy? Czy mały, ale spontaniczny akt życzliwości w środę ma mniejszą wartość niż duży, zaplanowany prezent w wyznaczonym dniu? Pomyślmy o poczuciu zaskoczenia i głębokiej radości, jaką wywołuje drobny gest, który nie musiał się wydarzyć. Ten gest, nieobciążony oczekiwaniami, jest prawdziwym świadectwem pamięci, udowadniającym, że teraz, a nie wtedy, zajęto myślą o bliskiej osobie. Jakie korzyści duchowe i emocjonalne osiągamy, rezygnując z iluzji jednego dnia na rzecz prawdy każdego dnia?


Odpowiedź jest jasna: prawdziwa korzyść tkwi w stałości i autentyczności intencji. W momencie, gdy obdarowujemy siebie wzajemnie czasem, cierpliwością, zrozumieniem i szacunkiem przez 365 dni w roku, wymazujemy potrzebę czekania na Mikołaja. Każdy dzień staje się dzięki temu wyjątkowy, a my odzyskujemy kontrolę nad naszą hojnością, nie oddając jej w ręce kalendarza czy komercji. Zrywamy z narzuconym scenariuszem i tworzymy własny, oparty na głębi i autentyczności naszych uczuć. Głęboka myśl, która musi z tego wynikać, jest to, że Miłość jest jedyną siłą na świecie, która w procesie dawania nie ubywa, lecz się pomnaża. Nie dajmy się zwieść. To odejście od stereotypu jednorazowej hojności na rzecz codziennych aktów miłości jest najgłębszą i najpiękniejszą rewolucją, jaką możemy wprowadzić do naszego życia. To miłość, która nie potrzebuje kostiumu, by być wiarygodna – to miłość, która po prostu jest, wczoraj, dziś i jutro.


Niech nasza refleksja nie kończy się na krytyce. Prawdziwe wyzwanie, które wynika z tej głębokiej analizy, to przekształcenie świadomości w codzienne działanie. Jeżeli Miłość jest strumieniem, a nie zbiornikiem, to powinniśmy pielęgnować każdy dzień jako okazję do jej swobodnego przepływu. To oznacza, że każda chwila – ta pozornie prozaiczna, nieoświetlona blaskiem świątecznych lamp – staje się polem do uprawy najszlachetniejszych uczuć.


Prawdziwa głębia ludzkiego życia tkwi w drobiazgach, w tej subtelnej, prawie niewidzialnej tkaninie codzienności. Jest w tym, że potrafimy zrezygnować z ostatniego słowa w kłótni, że ofiarujemy uśmiech, gdy sami jesteśmy zmęczeni, że dostrzeżemy cichy smutek ukryty za maską codziennego pośpiechu. Te ciche akty hojności są prawdziwym dowodem na to, iż miłość jest dla nas Filozofią Życia, a nie jednorazową scenografią.


Czyż więc nie wynika z tego naturalnie, że naszym najpiękniejszym przeznaczeniem i najgłębszym sensem jest tworzenie własnej magii każdego poranka? Otwórzmy się na tę prostą, a zarazem rewolucyjną prawdę: największy dar, jaki możemy dać, to nasza stała obecność i niezawodna dobroć. Niech ta świadomość będzie naszym nowym kalendarzem, a każdy wschód słońca – ciepłym zaproszeniem do kolejnego, spontanicznego aktu bezwarunkowej miłości. Bo tylko taka miłość, rozłożona na 365 dni, jest w stanie budować coś trwałego, coś, co przetrwa każdą iluzję.




















©Withkacy Zaborniak 



©Withkacy Zaborniak