niedziela, 1 listopada 2026

Kiedy tradycja przesłania nadzieję. Czy pamiętamy jeszcze, czego naprawdę nauczał Jezus?


W tych dniach zapalamy znicze, przynosimy kwiaty, odwiedzamy groby i wspominamy tych, których już z nami nie ma. To piękny, ludzki odruch. Ale czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się, ile z tego, co robimy w imię wiary, rzeczywiście wynika z nauki Bożej? A może przywykliśmy do tradycji tak bardzo, że przestaliśmy dostrzegać coś znacznie ważniejszego – nadzieję, którą pozostawił nam Chrystus?

Pamięć, która nie kończy się na wspomnieniu

Chcemy zatrzymać choć na chwilę pamięć o tych, których kochaliśmy, a których obecności tak bardzo nam dziś brakuje. Wracamy myślami do ich głosu, spojrzenia, gestów, wspólnych chwil. Czasem wystarczy drobiazg, znajome miejsce albo melodia, by znów poczuć, jak wiele dla nas znaczyli. I nie ma w tym niczego dziwnego. Miłość nie znika przecież wraz ze śmiercią bliskiego człowieka. Pozostaje w nas, w tym, czego nas nauczył, w wartościach, które nam przekazał, w śladzie, jaki zostawił w naszym życiu.

Ale czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się, czy możemy zrobić coś więcej, niż tylko wspominać? Czy prawdziwa pamięć o tych, których tak bardzo nam brakuje, nie może wyrażać się również w tym, że nie pozwalamy umrzeć temu, co w nas zaszczepili? Że żyjemy w sposób, który szanuje ich miłość, dobro i wszystko, co po sobie pozostawili? A może najgłębszym wyrazem tej miłości jest także wiara w obietnicę, która wykracza poza ludzką pamięć — w obietnicę Boga, że śmierć nie musi być ostatnim rozdziałem ludzkiego życia?

Bo jeśli naprawdę wierzymy, że Bóg pamięta o tych, których my opłakujemy, i że obiecał przywrócić im życie, wówczas nasza pamięć może zyskać zupełnie inny wymiar. Nie musi ograniczać się do jednego dnia w roku, do znicza, kwiatu czy modlitwy wypowiadanej nad grobem. Może być żywą nadzieją, która pomaga przetrwać tęsknotę i pozwala patrzeć na przyszłość nie tylko przez pryzmat straty, ale również Bożej obietnicy.

Tradycja, która stała się ważniejsza od pytania o prawdę

Tradycja sama w sobie nie musi być czymś złym. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek przestaje pytać o jej źródło i znaczenie, a samo powtarzanie zwyczaju uznaje za wystarczający dowód jego słuszności. Czy jednak coś staje się prawdą tylko dlatego, że jest praktykowane od pokoleń?

Jezus zwracał uwagę na ten problem. W Ewangelii Marka 7:7–13 wyraźnie wskazywał, że ludzkie tradycje mogą prowadzić do uchylania przykazań Bożych. Nie chodziło mu o odrzucenie wszystkiego, co przekazywano z pokolenia na pokolenie, lecz o rozpoznanie granicy między tym, co pochodzi od Boga, a tym, co zostało ustanowione przez ludzi.

Warto w tym kontekście przyjrzeć się również obchodom Zaduszek. Dzień Zaduszny, przypadający 2 listopada, jest związany z tradycją modlitwy za zmarłych. Jego upowszechnienie w Kościele zachodnim wiąże się z działalnością Odylona, opata z Cluny, na przełomie X i XI wieku. Z czasem obchód ten zakorzenił się w kulturze wielu narodów i stał się ważnym elementem pamięci o tych, którzy odeszli.

Nie można jednak pominąć faktu, że w kulturze ludowej obok chrześcijańskich praktyk zachowały się znacznie starsze wyobrażenia dotyczące dusz zmarłych. Warto w tym miejscu przyjrzeć się bliżej dawnym słowiańskim obrzędom Dziadów. Nie były one jedynie uroczystością poświęconą pamięci przodków. Wierzono, że dusze zmarłych mogą powracać do świata żywych, odwiedzać swoje dawne domy, a nawet potrzebować pożywienia i gościny. Przygotowywano więc dla nich jedzenie, pozostawiano je na stołach lub grobach, rozpalano ogniska, które miały wskazywać im drogę. Wierzono również, że odpowiednie zachowanie żywych może zapewnić przychylność zmarłych i uchronić przed ich gniewem.

Istotną rolę odgrywał Guślarz, który podczas obrzędu miał pośredniczyć między światem żywych i umarłych, przywoływać dusze oraz pomagać im w uzyskaniu tego, czego według ówczesnych wierzeń potrzebowały. Nie był to zatem wyłącznie zwyczaj wspominania tych, którzy odeszli. Był to obrzęd oparty na przekonaniu o możliwości kontaktowania się ze zmarłymi i oddziaływania na ich los.

Niektóre dawne zwyczaje ludowe przetrwały w zmienionej postaci również w późniejszych wiekach. W opracowaniach etnograficznych wskazuje się między innymi na związki dawnych ognisk rozpalanych na grobach i rozstajach dróg z późniejszym zwyczajem zapalania zniczy. Nie oznacza to jednak, że każdy współczesny znicz jest świadomym powtórzeniem pogańskiego obrzędu. Pokazuje natomiast, jak długo niektóre wyobrażenia mogą pozostawać obecne w kulturze, nawet gdy ich pierwotne znaczenie zostaje zapomniane.

Halloween nie jest zwykłą, neutralną zabawą pozbawioną znaczeń. Jego nazwa wywodzi się z chrześcijańskiego określenia All Hallows’ Eve, czyli wigilii Wszystkich Świętych, obchodzonej 31 października. Współczesne Halloween przypada więc dokładnie w przeddzień 1 listopada, a jego historia splata się z dawnymi zwyczajami i wyobrażeniami związanymi z okresem przejścia między jesienią a zimą. Wśród nich szczególne miejsce zajmowały opowieści o duchach, powracających zmarłych i możliwości przenikania się świata żywych ze światem niewidzialnym. Związki Halloween z celtyckim świętem Samhain są przedmiotem badań historyków, choć nie wszystkie popularne twierdzenia o bezpośrednim pochodzeniu dzisiejszych zwyczajów zostały potwierdzone. Nie zmienia to jednak faktu, że współczesne obchody często wykorzystują symbole duchów, demonów, czarów, upiorów i kontaktu ze światem zmarłych.

I właśnie tutaj pojawia się pytanie znacznie ważniejsze niż sama historia tego zwyczaju: czy takie treści są zgodne z tym, czego nauczał Jezus i czego oczekuje od człowieka Bóg? Biblia nie przedstawia kontaktowania się ze zmarłymi, przywoływania duchów ani szukania wiedzy w świecie niewidzialnych istot jako niewinnej rozrywki. Przeciwnie, w Powtórzonego Prawa 18:10–12 takie praktyki zostały jednoznacznie potępione. Z kolei 1 Koryntian 10:20–21 ostrzega przed udziałem w tym, co wiąże człowieka z demonami. Nie jest to więc jedynie kwestia odmiennego gustu, kulturowej mody czy niewinnego przebrania. Z punktu widzenia zasad biblijnych nie można lekceważyć symboliki i przesłania, które stoją za określonymi praktykami.

Trudno nie dostrzec sprzeczności, gdy w tym samym okresie, w którym chrześcijanie deklarują pamięć o zmarłych, szacunek dla ich życia i wiarę w Bożą nadzieję, część z nich uczestniczy w zabawach odwołujących się do świata duchów, strachu, demonów i makabrycznych wyobrażeń śmierci. Nie chodzi o to, by osądzać każdego człowieka, który założył kostium lub pozwolił dziecku uczestniczyć w zabawie. Wielu ludzi nie zna historycznych ani religijnych znaczeń tych zwyczajów i nie zamierza świadomie popierać tego, co Biblia potępia. Ale czy niewiedza powinna zwalniać nas z obowiązku zastanowienia się nad tym, w czym uczestniczymy i jakie treści przekazujemy kolejnym pokoleniom?

Szczególnie niepokojące jest to, że dzieciom przedstawia się czasem symbole demonów, czarów i pozornego kontaktu ze zmarłymi jako coś zabawnego, atrakcyjnego i zupełnie nieszkodliwego. Czy naprawdę tego chcemy je uczyć? Czy nie powinniśmy raczej pomagać im odróżniać to, co Bóg nazywa dobrem, od tego, przed czym wyraźnie przestrzega? Nie można jednocześnie powoływać się na naukę Chrystusa i bezrefleksyjnie oswajać praktyk, które stoją z nią w sprzeczności. Tym bardziej że prawdziwa nadzieja dla tych, których utraciliśmy, nie wyrasta z opowieści o powracających duchach ani z prób nawiązywania z nimi kontaktu. Wyrasta z obietnicy zmartwychwstania.

Warto więc zadać sobie pytanie, czy łączenie pamięci o najdroższych z symboliką Halloween nie prowadzi nas w zupełnie przeciwnym kierunku niż ten, który wskazał Jezus. Czy nie zastępujemy nadziei na przyszłe życie wyobrażeniami, które odwracają uwagę od Bożej obietnicy? I czy nie jest to szczególnie bolesna sprzeczność: mówić o miłości do zmarłych, a jednocześnie przyjmować zwyczaje, których przesłanie pozostaje w konflikcie z biblijnym nauczaniem o śmierci, zmartwychwstaniu i sprzeciwie Boga wobec praktyk spirytystycznych?

Nie chodzi więc o to, by bezrefleksyjnie przypisywać każdemu zwyczajowi pogańskie pochodzenie. Nie chodzi również o potępianie ludzi, którzy zapalają znicze, odwiedzają groby czy uczestniczą w uroczystościach religijnych. Chodzi o coś znacznie ważniejszego: o odwagę zadawania pytań. Czy nasze przekonania rzeczywiście wynikają z Biblii? Czy może niektóre z nich przyjęliśmy dlatego, że przekazano nam je w rodzinie, a później uznaliśmy za oczywistą część wiary?

Co właściwie dzieje się z człowiekiem, kiedy umiera?

To pytanie ma fundamentalne znaczenie. Jeśli chcemy zrozumieć, na czym polega nadzieja, którą pozostawił nam Jezus, musimy najpierw przyjrzeć się temu, co Biblia mówi o śmierci.

W Księdze Koheleta 9:5 czytamy, że „umarli nie są świadomi niczego”. Werset 10 dodaje, że w Szeolu, miejscu przebywania umarłych, nie ma działania, planowania, wiedzy ani mądrości. Podobną myśl znajdujemy w Psalmie 146:4, gdzie czytamy, że po śmierci człowieka giną jego myśli.

Warto zestawić te słowa z wyobrażeniem, że zmarli nadal obserwują nasze życie, słyszą nasze rozmowy i uczestniczą w codziennych wydarzeniach. Czy takie przekonanie rzeczywiście wynika z przytoczonych fragmentów? A może jest raczej częścią wyobrażeń, które narastały przez wieki?

Szczególnie wymowna jest relacja z Ewangelii Jana 11. Kiedy Łazarz umarł, Jezus powiedział uczniom: „Nasz przyjaciel Łazarz zasnął”. Gdy uczniowie nie zrozumieli tych słów, wyjaśnił im wprost, że Łazarz umarł. To porównanie nie było przypadkowe. Śmierć została przedstawiona jako sen, z którego człowiek może zostać obudzony.

Jezus nie próbował pocieszać Marty i Marii opowieścią o tym, że ich brat nadal żyje jako duch. Pokazał im coś znacznie większego: że ma moc przywrócić mu życie.

Jezus nie pozostawił nas bez nadziei. Dał nam obietnicę zmartwychwstania

Kiedy Jezus spotkał Martę, wypowiedział słowa, które do dziś stanowią fundament chrześcijańskiej nadziei: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem” (Jana 11:25).

Nie była to jedynie metafora ani poetycki sposób mówienia o pamięci. Jezus zapowiadał rzeczywiste przywrócenie życia. W Jana 5:28–29 mówił o godzinie, gdy ci, którzy znajdują się w grobowcach, usłyszą jego głos i wyjdą. Podobną nadzieję wyraził apostoł Paweł w Dziejach Apostolskich 24:15, mówiąc o zmartwychwstaniu zarówno prawych, jak i nieprawych.

Ta obietnica zmienia perspektywę, z jakiej patrzymy na śmierć. Nie chodzi już tylko o to, że ktoś pozostaje w naszej pamięci. Chodzi o możliwość ponownego spotkania, o życie przywrócone mocą Boga.

Najważniejszym potwierdzeniem tej nadziei jest zmartwychwstanie samego Jezusa Chrystusa. Apostoł Paweł w 1 Koryntian 15:3–8 przypomina o świadectwach tych, którzy widzieli zmartwychwstałego Chrystusa. W Dziejach Apostolskich 2:24 czytamy, że Bóg go wskrzesił, uwalniając od więzów śmierci.

Jeśli więc wierzymy w naukę Jezusa, powinniśmy poważnie potraktować również jego obietnicę dotyczącą przyszłości umarłych. Nie jest ona dodatkiem do chrześcijańskiej wiary. Stanowi jeden z jej najważniejszych elementów.

Dziewięć biblijnych świadectw przywrócenia życia

Biblia opisuje konkretne przypadki przywrócenia życia osobom, które umarły. Nie są to jedynie ogólne zapowiedzi, lecz relacje o wydarzeniach, które pokazują, że śmierć nie stanowi dla Boga nieprzekraczalnej granicy.

W Starym Testamencie czytamy o synu wdowy z Sarepty, którego wskrzesił prorok Eliasz (1 Królów 17:17–24). Następnie poznajemy historię syna Szunamitki, przywróconego do życia za pośrednictwem proroka Elizeusza (2 Królów 4:18–37). W 2 Królów 13:20–21 opisano jeszcze jedno niezwykłe wydarzenie: zmarły człowiek odzyskał życie po zetknięciu z kośćmi Elizeusza.

W Nowym Testamencie znajdujemy kolejne świadectwa. Jezus wskrzesił córkę Jaira (Marka 5:21–43), syna wdowy z Nain (Łukasza 7:11–17) oraz Łazarza (Jana 11:1–44). Po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa apostoł Piotr przywrócił życie Tabicie, znanej również jako Dorkas (Dzieje Apostolskie 9:36–42). Apostoł Paweł wskrzesił Eutycha, który wypadł z okna podczas spotkania wierzących (Dzieje Apostolskie 20:7–12).

Dziewiątym i najważniejszym świadectwem jest zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa (Dzieje Apostolskie 2:24; 1 Koryntian 15:3–8).

Te wydarzenia pokazują, że przywrócenie życia nie jest dla Boga niemożliwe. Co więcej, osoby wskrzeszone nie powróciły jako duchy, by przekazywać wiadomości z innego świata. Powróciły do życia. To ważna różnica, jeśli chcemy zrozumieć biblijną naukę o zmartwychwstaniu.

Nadzieja większa niż znicz i bardziej trwała niż wspomnienie

Znicz może być symbolem pamięci. Kwiaty mogą wyrażać miłość i szacunek. Odwiedzanie grobów może być ważnym gestem dla rodziny i bliskich. Nie ma potrzeby odbierać tym gestom ich ludzkiego znaczenia. Warto jednak pamiętać, że żaden z nich nie może zastąpić tego, co w Biblii przedstawiono jako Bożą obietnicę.

Czy nie jest paradoksem, że tak wiele uwagi poświęcamy zwyczajom związanym ze śmiercią, a jednocześnie tak mało zastanawiamy się nad tym, co Jezus mówił o zmartwychwstaniu? Czy nie powinniśmy bardziej interesować się obietnicą przywrócenia życia niż wyobrażeniami, które przez wieki narastały wokół losu zmarłych?

Prawdziwa nadzieja nie polega na przekonaniu, że nasi bliscy wciąż obserwują każdy nasz krok. Polega na zaufaniu, że Bóg o nich pamięta. A skoro pamięta, może przywrócić im życie. Nie ma w tym pustej pociechy. Jest obietnica, którą Jezus wielokrotnie potwierdzał swoimi słowami i czynami.

Najłatwiej potępiać cudze zwyczaje. Trudniej zbadać własne

Rozmowa o tradycji i wierze łatwo może przerodzić się w osądzanie innych. Możemy wskazywać na cudze zwyczaje, wytykać błędy i przekonywać, że to właśnie inni powinni coś zmienić. Tymczasem Jezus zachęcał do czegoś znacznie trudniejszego: do uczciwego przyjrzenia się samemu sobie.

Nie chodzi o to, by wyśmiewać czyjeś przywiązanie do rodzinnych obrzędów, podważać szczerość modlitwy albo lekceważyć ból ludzi, którzy stracili bliskich. Żałoba jest osobistym doświadczeniem i zasługuje na szacunek. Ale szacunek dla człowieka nie oznacza, że musimy bezkrytycznie przyjmować każde przekonanie lub zwyczaj.

Warto zatem postawić sobie kilka pytań. Czy to, w co wierzę, rzeczywiście znajduje potwierdzenie w Biblii? Czy znam naukę Jezusa, czy raczej znam głównie zwyczaje, wśród których dorastałem? Czy potrafię odróżnić Boże przykazanie od ludzkiego wyobrażenia, nawet jeśli to drugie jest pięknie oprawione i przekazywane od pokoleń?

Takie pytania nie muszą prowadzić do konfliktu. Mogą być początkiem czegoś znacznie cenniejszego — osobistego poszukiwania prawdy. Bo wiara, która nie dopuszcza pytań, łatwo staje się przyzwyczajeniem. A przecież Jezus nie zachęcał ludzi do bezmyślnego powtarzania tego, co zastali. Zachęcał do poznawania prawdy.

Może warto poszukać czegoś więcej niż tradycji

Nie musimy rezygnować z pamięci o bliskich, by poważnie potraktować naukę Biblii. Nie musimy zapominać o tych, których kochaliśmy, by zrozumieć, że śmierć nie jest stanem, z którego człowiek może sam powrócić. Nie musimy również odrzucać całego dziedzictwa kulturowego, by odróżnić zwyczaj od nauki Bożej.

Możemy natomiast zrobić coś, co wymaga większej odwagi niż podążanie za tym, co znane: samodzielnie sprawdzić, czego rzeczywiście nauczał Jezus. Zajrzeć do Ewangelii, przeczytać jego słowa w kontekście i zastanowić się, dlaczego tak często mówił o zmartwychwstaniu. Nie po to, by potwierdzić z góry przyjęte przekonania, ale by pozwolić, żeby sama treść Biblii dała nam odpowiedź.

Może właśnie w tym tkwi najważniejsza różnica między samym kultywowaniem tradycji a świadomą wiarą. Tradycja może przypominać nam o przeszłości, ale tylko prawda może pomóc nam zrozumieć, na czym opiera się nadzieja na przyszłość.

Nie pozwólmy więc, aby tradycja, choćby najpiękniej oprawiona, przesłoniła nam obietnicę, która może zmienić sposób, w jaki patrzymy na życie i śmierć. Bo poznanie tego, czego naprawdę nauczał Jezus, może dać nam coś znacznie cenniejszego niż pocieszenie na jeden listopadowy dzień. Może przybliżyć nas do nadziei, że ci, których tak bardzo kochaliśmy, których głosy wciąż pamiętamy, których obecności tak boleśnie nam brakuje, nie muszą pozostać jedynie wspomnieniem. Że Bóg o nich nie zapomniał. I że może nadejść dzień, w którym nie będziemy już przynosić kwiatów na ich groby, lecz znów spojrzymy im w oczy, usłyszymy ich głosy i będziemy mogli powiedzieć im wszystko, na co zabrakło czasu. Czy nie warto poznać tej obietnicy naprawdę? Czy nie jest to najpiękniejszy sposób, by ocalić nie tylko pamięć o tych, których kochaliśmy, ale także nadzieję na ponowne spotkanie z nimi?









Withkacy Zaborniak


piątek, 9 października 2026

jak mówić jak wyrazić siebie

 
odkąd spadł ciężki nóż
i otworzył głęboką ranę którą mam w piersi
wiele wycierpiałem
i wiele się nauczyłem – głównie
tego jak mam się przyzwyczaić
 
kochać ranę
kochać ciężki nóż
 
kochać zwierzęta
uważać na ludzi
rozważać pytania i dylematy
 
jak więc
zaakceptować śmierć tak nagą
jak daleko zajdzie moje próżne światło
rozlane na wszystko poza mną
 
i poznałem
że jeśli mnie ukamienują
nie będę się już bać uderzenia
 
 
tylko ty dostrzegasz we mnie
pozostałe  puzzle na twój obraz
i podobieństwo
 
reszty będę szukał
w zrujnowanych pomieszczeniach umysłu
i moich  pragnieniach które stały się  drogą
 
niech zakwitną otwarte rany









© Wihtkacy Zaborniak



piątek, 3 lipca 2026

Zapraszam

 

„Czerwone jabłko” Withkacy Zaborniak w interpretacji Grzegorza Malechy. Zapraszam serdecznie!















środa, 10 czerwca 2026

Zapraszam


 Szanowni Państwo, miłośnicy literatury,

Wciąż można nabyć mój tomik poetycki „Vestigium”. Tytułowy ślad to obecność, która nie przemija – to, co wydarza się między ludźmi, zostaje w nas, stale oddziałuje na naszą rzeczywistość i zmienia świat. U podstaw tych w większości lirycznych wierszy leży doświadczenie tego, jak miłość głęboko nas zmienia, budując fundament nowej osobowości.

Ta poezja utrwala chwile, zamieniając je w konkretne obrazy, ocalone przed zapomnieniem. To dojrzały, czysty warsztat, który zaprasza do autentycznego dialogu.


Zapraszam do zakupu książki bezpośrednio u autora.


Kontakt mailowy: withkacy@gmail.com





piątek, 27 lutego 2026

usiądź ze mną


nie mów, że wszystko będzie dobrze –
bo wiem, że nie zawsze jest
nie próbuj wyciągać mnie z dna
ani stawiać tratwy
z wielkich słów
nie ucz mnie
oddychać
gdy woda wsącza się w płuca
ciężka jak popiół
usiądź ze mną
w milczeniu,
w tej głębi,
gdzie nie dociera nikt
niech twoja obecność nie unosi –
tylko ogrzewa
nie potrzebuję ratunku
ani litości
potrzebuję świadka, który nie odejdzie
jeśli tu jesteś,
przyjacielu,
nie dotykaj lęku –
po prostu bądź
a może wtedy ten ciemny nurt
sam mnie poniesie
na głębokie wody
może dalej
niż teraz potrafię wierzyć
gdzieś pod powierzchnią
ryba światła czeka
z okiem skierowanym
do wewnątrz
aż ktoś ją nazwie
nadzieją
i tylko tyle –
tylko tyle wystarczy,
by żyć
najwięcej znaczy ten
kto zostaje
gdy nie mam już
nic
do
powiedzenia









© Witkacy Zaborniak, Z tomiku „Nie jestem wyjątkiem – wiersze terapeutyczne” PTP Gdansk 2025


piątek, 2 stycznia 2026

Zapomniane Światło


na zewnątrz świat pulsuje,
migocze girlanda, świąteczna melodia
wchodzi w ściany, miesza się z ciszą.
w sklepie kolejki po szczęście na wagę,
dzwonki, sztuczne uśmiechy,
„wesołych świąt” wymawiane z przyzwyczajenia.
dom pełen światła,
pełen ludzi,
pełen planów,
a w tym wszystkim
czas kruszy się jak stara ozdoba –
czy ktoś zauważył?
ten, kto kiedyś był filarem stołu,
teraz został w kącie,
w opowieści urywanej przed snem.
stoi jak duch,
gdzieś na obrzeżu pamięci,
tak łatwo go nie dostrzec.
a ja mogłem być tym, który zapomni,
który idzie z nurtem,
ale siedzę tu,
z moim lustrem,
i nie wiem, czy cokolwiek się zmieni.
czy to moja wina,
że świat nauczył mnie ciszy?
czy to ja odpuściłem jego imię,
czy ono odpuściło mnie?
siedzę,
a obok migocze cień –
raz świeci, raz gaśnie,
jakby chciał przypomnieć:
radosne święta nie należą do wszystkich.
a jednak – mimo tego cienia,
mimo pustego krzesła naprzeciwko,
mimo ciszy, która boli bardziej niż słowa –
zachowuję w sobie radość.
nie tę głośną, sprzedawaną w paczkach,
ale cichą, drobną jak płatek śniegu.
radość z tego, że pamiętam.
że mogę być mostem,
choćby tylko dla własnych wspomnień.
świat biegnie dalej,
a ja zostaję,
ale w tej samotności jest coś,
co nie pozwala mi zgasnąć.
mam twoje zdjęcie,
które przypomina mi,
że nie jestem całkiem sam.









©Withkacy Zaborniak


poniedziałek, 22 grudnia 2025

Eho Poezji - „Zawieszenie dłoni” Katarzyna Hudy


Czasem największym wydarzeniem dnia jest moment, w którym przestajesz walczyć z własnym zmęczeniem. Kładziesz dłoń na blacie, czujesz pod palcami chłód drewna i nagle rozumiesz, że nie musisz być dzisiaj nikim wielkim. Wystarczy, że jesteś. Właśnie w taką ciszę – kruchą jak opłatek i gęstą od niewypowiedzianych jeszcze słów – wchodzi ta książka. To nie jest lektura na szybkie popołudnie między jednym a drugim e-mailem. To zaproszenie do tego, by usiąść przy oknie, odstawić letnią już herbatę i pozwolić sobie na luksus bycia kruchym. Bo w świecie, który wymaga od nas pancerza, Katarzyna Hudy proponuje nam coś znacznie odważniejszego: powrót do prostej, bezbronnej prawdy o tym, co czujemy, gdy nikt nie patrzy.

„Zawieszenie dłoni” objawia się jako tomik poezji niezwykłej próby — pełnej czułości, a jednocześnie zadziwiająco logicznej w swojej emocjonalności. To twórczość, w której wrażliwość nie jest słabością, lecz najdoskonalszą formą poznania; w której prostota staje się narzędziem filozoficznej przenikliwości, a codzienność odsłania metafizykę. Poetka zatrzymuje pędzący świat, pozwalając czytelnikowi „zatrzymać pendolino czasu” i przypomnieć sobie, że duszy należą się „kąpiele z dobrych myśli i okłady z wybaczeń”, zanim proza życia znów przykryje ją obowiązkami. Pisze tak szczerze, że można „rozpłakać się jak dwulatek, bo nie tak pokrojone jabłko”, odzyskując prawo do swojej kruchości — i to właśnie stanowi jeden z najważniejszych aktów tej poetyckiej księgi.

Ta logika emocji, o której wspomina autorka, jest niezwykle trzeźwa. Nie ma tu histerii, jest za to precyzyjna zgoda na bycie niedoskonałym. Gdy myślę o tym źle pokrojonym jabłku, widzę w nim metaforę wszystkich naszych porażek w komunikacji ze światem. To zawieszenie dłoni nad losem staje się wtedy gestem błogosławieństwa dla własnej słabości. Idę dalej, śledząc wzrokiem linie, które czas wyżłobił nie tylko w papierze, ale i w nas samych.

Tomik otwierają wiersze, które przyjmują twarz jako mapę doświadczeń. „Zmarszczki”, będące jedną z najważniejszych miniatur całego zbioru, pokazują, że każda linia, każdy ślad zapisany na skórze jest „matrycą naszego losu”, archiwum wszystkich burzliwych podróg, jakie odbyliśmy. Lustro, które często bywa wrogiem współczesnego człowieka, staje się tu „dobrym przyjacielem”, świadkiem, który niczego nie ocenia — jedynie przypomina. Taka interpretacja własnego życia jest odzyskaniem godności i głębokiego współczucia wobec siebie.

Wewnętrzny dialog, który budzi się podczas lektury tych słów, każe mi zapytać samego siebie: ile razy odwracałem wzrok od lustra, nie chcąc czytać tej matrycy? Hudy zmusza do zatrzymania się. To współczucie, o którym pisze, nie jest litością – to profesjonalna, niemal biologiczna akceptacja faktu, że życie zostawia ślady. To przygotowanie do drogi przez własne, wewnętrzne ciemności.

W „Ciemnej dolinie” i „Pamięci o zapominaniu” Hudy ukazuje duchowy wymiar walki z losem. „Może pójdę ciemną doliną i tym razem przejdę ją całą” — to deklaracja odwagi, która nie wynika z heroizmu, lecz z akceptacji własnych ran. Poetka uczy, że odpuszczenie jest większą siłą niż zaciśnięte pięści, a lekcja serca jest najważniejszą lekcją życia. Kiedy pisze: „czasem zapominam, że potrafię wziąć głębszy oddech”, czytelnik widzi w tych słowach siebie — swoją walkę, swoje zapomnienia, swoją potrzebę czułości. Ten motyw — zawieszenia dłoni nad własnym losem, zanim podejmie się kolejny krok — jest jednym z kluczowych symboli tomiku „Zawieszenie dłoni”.

To wstrzymanie oddechu, ta pauza przed krokiem, to moment, w którym człowiek odzyskuje wolność. Nie jesteśmy już tylko reakcją na ból, stajemy się odpowiedzią na niego. W tym świecie, gdzie każdy chce być głośny, Katarzyna Hudy celebruje tych, którzy działają w ciszy, tych, których bohaterstwo nie mieści się w nagłówkach gazet, ale w codziennym, żmudnym trwaniu.

W „Pieśni o komandosach” Hudy tworzy jeden z najpiękniejszych hołdów codziennym bohaterom, jacy pojawili się we współczesnej poezji. Ludziom, którzy „nie zawsze ubierają mundury”, częściej noszą „trampki i zwykłe swetry”, a jednak „po wodzie chodzą też”. To subtelna przypowieść o sile ukrytej, niechcącej aplauzu, o męstwie, które objawia się w ciszy, w patrzeniu przez okno z nadzieją, w oddechu mierzonym metrami samotności. Serce „nie łamie im się, przecież to mięsień nie lód”, ale potrafi zadrżeć „kruchym opłatkiem”. Czytelnik uczy się tu tego, że wielkość człowieka mierzona jest pokorą.

Autorka z niezwykłą precyzją operuje prostą metaforą: „oddechem mierzą metry”, co staje się zapisem ludzkiego wysiłku, by iść dalej krok po kroku, nawet wtedy, gdy jest ciężko. Serce „nie łamie im się, przecież to mięsień nie lód”, a jednak potrafi drżeć — nucąc „po cichu, bez nut”. To poezja, która nie opowiada o heroizmie w wielkim stylu, lecz o codziennej wytrwałości, o umiejętności „malowania radości, albo przynajmniej szkicu”, kiedy pełnia nie jest możliwa.

Zauważam, że ten szkic radości jest często cenniejszy niż jej pełny obraz. Jest w nim prawda o wysiłku. Komandosi w trampkach to my wszyscy, gdy wstajemy rano, mimo że noc była za krótka na wybaczenie sobie wszystkiego. Ta pokora, o której pisze poetka, jest fundamentem, na którym można zbudować dom, nawet jeśli jedynym materiałem jest ciche „to nic”.

Szczególnie poruszająca jest obecna w tym wierszu pokora — gdy nie mogą być w domu na święta, mówią tylko „to nic”. W tych dwóch słowach zawiera się zarówno siła, jak i cicha tęsknota. Obraz „chodzenia po wodzie” nie jest tu triumfem, lecz delikatnym znakiem nadziei: wynurzania się z ciężaru smutku i gotowości, by iść dalej. Bohaterowie nie patrzą z żalem na życie — spoglądają przez okno, licząc na małe cuda, a przecież samo to, że potrafią trwać, już jest cudem. Wiersz domyka się gestem szczególnym: nie łamią się nigdy, a jeśli już — to tylko „kruchym opłatkiem”, w którym mieści się ciepło, wspólnota i człowieczeństwo.

I nagle ta metafizyka schodzi do kuchni. Tam, gdzie życie smakuje najbardziej surowo. Widzę postać pochyloną nad garnkiem, słyszę tykanie zegara, które odmierza czas przeznaczony na smutek i na karmienie innych. To jest ten punkt styku między duchem a materią, o którym Hudy pisze z taką bezwzględną czystością.

Wiersz „Zupa” jest jednym z najwybitniejszych momentów tomiku — i jednym z najdoskonalszych przykładów warsztatu autorki. Maleńka scena gotowania obiadu zostaje podniesiona do rangi kosmicznego dramatu. „Łzy kapały prosto na łyżkę” i „łykać własne łzy” — te obrazy uderzają swoją siłą, bo odsłaniają prawdę o człowieku, który w domowej kuchni przeżywa największe swoje bitwy. W tym utworze prostota jest geniuszem; minimalizm słowa osiąga maksimum znaczenia.

Hudy nie boi się dotykać tematów trudnych, jak w wierszu „Bieda”. Nie chodzi tu o brak pieniędzy, lecz „biedę mentalną”, w której człowiek traci zdolność dostrzegania drugiego. Autorka ostrzega, że „mysz kościelna będzie bogatsza” od kogoś, kto nie umie „uszanować różnorodności drugiego człowieka”. To apel o czułość wobec świata i o zrzucenie masek, które oddalają ludzi bardziej niż pusty portfel.

Refleksja nad biedą prowadzi nas do bogactwa, które jest ukryte w pamięci. W przedmiotach, które niosą zapach osób już nieobecnych. Ta ciągłość pokoleniowa, ten szacunek do rytmu natury i pracy rąk, jest w tej poezji kojący. To powrót do źródeł, gdzie mleko w kance jest symbolem bezpieczeństwa i stałości wszechświata.

Głębia filozoficzna tomiku polega również na niezwykłej umiejętności zamieniania życia codziennego w mit. Babcia Emilka z „Kanki”, która „myła kanki a o świcie wystawiała w nich mleko”, nie jest tylko postacią rodzinną — staje się figurą porządku, rytmu i pokory. Podobnie „termos”, oferujący „godzinę pożyczoną z zaplanowanego losu”, jest symbolem sprzeciwu wobec pośpiechu współczesności.

Wiersz „Termos” wprowadza do tomu szczególny rodzaj zmęczenia — nie fizycznego, lecz egzystencjalnego. W świecie „ekspresów do kawy pitej w biegu” i urządzeń, w których „obiad sam się zrobi”, pojawia się nagle potrzeba czegoś mniejszego, cichszego, bardziej własnego. „Czasem termos jest w sam raz” — ten wers brzmi jak osobiste przyznanie się do granicy, do momentu, w którym człowiek nie chce już nadążać. „Godzina pożyczona z zaplanowanego losu” staje się tu nie luksusem, lecz formą ratunku — przestrzenią, w której można jeszcze poczuć deszcz, wiatr i ziemię „tuż obok, a jednak dużo dalej od nas”. To wiersz o wyborze uważności zamiast nadmiaru i o potrzebie schronienia, które nie izoluje, lecz przywraca kontakt ze sobą.

To poetka, która z filiżanki, z truskawki, z łyżki, z okna potrafi uczynić bramę do sensu. W „Truskawkach” codzienny gest przygotowania dżemu urasta do rangi rytuału. Pod wieczkami konfitur spoczywa „matczyna miłość, ból nóg i trochę lata” — obraz, który sam staje się modlitwą o czułość.

Tomik jest również afirmacją ludzkiej relacyjności, czego wyrazem jest wiersz „Różnice”. „To, czego o sobie nie wiemy, przerzuca ku nam mosty” — zdanie to brzmi jak łagodny manifest przeciw światu podziałów.

„Pamięć o zapominaniu” jest wierszem szczególnie kruchym, jakby zapisanym w chwili zatrzymania, gdy nie ma już siły udawać ciągłej gotowości. „Czasem zapominam, że potrafię wziąć głębszy oddech” — to wyznanie nie domaga się odpowiedzi, lecz zrozumienia. Poetka odsłania tu codzienność, w której odpowiedzialność za świat bywa ważniejsza niż odpowiedzialność za własny rytm serca. Gdy pisze, że „duszy też się należą kąpiele z dobrych myśli i okłady z wybaczeń”, przywraca proporcje pomiędzy tym, co pilne, a tym, co konieczne. Ten wiersz nie przynosi ulgi wprost, ale pozwala ją nazwać — staje się zapisem cichego powrotu do siebie, zanim zapomnienie stanie się trwałym stanem istnienia.

Kończę tę podróż po wersach Katarzyny Hudej z poczuciem, że moje własne zawieszenie dłoni znalazło wreszcie swój sens. To nie był stracony czas, to była godzina pożyczona od przeznaczenia, by zrozumieć, że każdy oddech jest zwycięstwem.

Całość tomu „Zawieszenie dłoni” układa się w mapę drobnych cudów i wielkich zmagań. To poezja, która uczy „vidzieć, a nie tylko patrzeć”, i pozwala „uwierzyć znowu w szepty własnej duszy”. Czytelnik kończy tę książkę odmieniony — czulszy, łagodniejszy, głębszy. I być może to jest jej najprawdziwsza wartość.



© Withkacy Zaborniak


środa, 3 grudnia 2025

Święto Czekania czy Rok Miłości? Filozofia Obdarowania 365 Dni.

 


Czym jest miłość, jeśli potrzebuje kalendarzowego przypomnienia, by się objawić? To pytanie, które powinno wybrzmiewać w nas z każdą nadchodzącą datą uznawaną za „wyjątkową” – datą, która rzekomo ma sankcjonować akt hojności. Miłość, która jest prawdziwa, jest stanem ciągłym, a nie przerywanym wydarzeniem.


Przyjrzyjmy się zjawisku corocznej gorączki obdarowywania. Widzimy piękny spektakl: sklepy pękają w szwach, reklamy obiecują szczęście w eleganckich opakowaniach, a my, wciągnięci w tę zbiorową narrację, czujemy nagły, palący obowiązek, by pokazać, że nam zależy. Ale dlaczego ten obowiązek budzi się w nas akurat pod wpływem tych samych tradycji, które często mają niejasne korzenie – czasem pogańskie, czasem synkretyczne, zawsze jednak oderwane od najgłębszej, duchowej esencji stałości i prawdy? Prawdziwe poszukiwanie duchowości uczy nas, że wartość działania leży w jego motywie, a nie w okolicznościach. Działanie wynikające z presji czasu lub tradycji zawsze będzie mniej czyste niż spontaniczny wyraz serca.


Właśnie w tym punkcie rodzi się najbardziej fundamentalne pytanie: jeśli nasza miłość do drugiej osoby jest tak wielka, jak deklarujemy, dlaczego przez cały rok potrafimy o niej zapomnieć? Dlaczego pozwalamy, by codzienna rutyna, pośpiech i zmartwienia na 11 miesięcy przykryły świadomość, że obok nas jest ktoś, kto jest naszym największym darem? To jest kluczowa refleksja: nasza uwaga i pamięć o drugim człowieku są cenniejsze niż jakikolwiek przedmiot. Dlaczego więc tę cenną walutę oszczędzamy i wydajemy tylko raz, w jednorazowym, masowym akcie? W tym rocznym zaniedbaniu ukrywa się subtelna, lecz destrukcyjna hipokryzja, która umniejsza rzeczywistą wartość relacji.


Ten jeden, symboliczny dzień – nazwijmy go Dniem Mikołaja, czy jakkolwiek inaczej – staje się dla wielu złudną iluzją i emocjonalnym alibi. Pozwala nam na chwilę odetchnąć i uwierzyć, że jednorazowy, nawet hojny gest, zmyje nasze całoroczne zaniedbania w komunikacji, uwadze czy wsparciu. Ta atmosfera jest urokliwa, owszem, ale czy nie jest ona jedynie zasłoną dymną, która ma ukryć brak stałej, niezawodnej hojności w pozostałe dni? Jest to swoisty emocjonalny post, przerywany jednodniową ucztą. Prawdziwa głębia miłości polega na gotowości do codziennej ofiary z własnego czasu i ego, a nie na łatwej, jednorazowej transakcji materialnej.


Co jest cenniejsze: impuls czy cykl? Prawdziwe, dojrzałe relacje i miłość, która ma stanowić nasz fundament, nie mogą opierać się na impulsie wywołanym przez kalendarz. Muszą być one, niczym oddech, nieustannym, świadomym cyklem dawania. Ten cykl oznacza prymat bycia nad posiadaniem. Oznacza, że naszą uwagę koncentrujemy na tym, kim jesteśmy dla siebie nawzajem, a nie na tym, co sobie kupujemy. Hojność nie może być zewnętrznym atrybutem daty, lecz wewnętrzną cechą charakteru, manifestującą się każdego dnia. Właśnie w tym nieustannym cyklu odnajdujemy cichą, lecz najważniejszą puentę życia: człowiek został stworzony do dawania, a największą nagrodą za miłość jest możliwość jej ciągłego okazywania.


Dlatego warto zadać sobie merytoryczne pytania, które wywrócą ten stereotyp do góry nogami i poszerzą naszą refleksję: Jaki jest prawdziwy motyw prezentu, który daję pod przymusem kulturowym? Czy jest to czysta radość obdarowywania, czy lęk przed społecznym potępieniem lub poczucie winy? Czy mały, ale spontaniczny akt życzliwości w środę ma mniejszą wartość niż duży, zaplanowany prezent w wyznaczonym dniu? Pomyślmy o poczuciu zaskoczenia i głębokiej radości, jaką wywołuje drobny gest, który nie musiał się wydarzyć. Ten gest, nieobciążony oczekiwaniami, jest prawdziwym świadectwem pamięci, udowadniającym, że teraz, a nie wtedy, zajęto myślą o bliskiej osobie. Jakie korzyści duchowe i emocjonalne osiągamy, rezygnując z iluzji jednego dnia na rzecz prawdy każdego dnia?


Odpowiedź jest jasna: prawdziwa korzyść tkwi w stałości i autentyczności intencji. W momencie, gdy obdarowujemy siebie wzajemnie czasem, cierpliwością, zrozumieniem i szacunkiem przez 365 dni w roku, wymazujemy potrzebę czekania na Mikołaja. Każdy dzień staje się dzięki temu wyjątkowy, a my odzyskujemy kontrolę nad naszą hojnością, nie oddając jej w ręce kalendarza czy komercji. Zrywamy z narzuconym scenariuszem i tworzymy własny, oparty na głębi i autentyczności naszych uczuć. Głęboka myśl, która musi z tego wynikać, jest to, że Miłość jest jedyną siłą na świecie, która w procesie dawania nie ubywa, lecz się pomnaża. Nie dajmy się zwieść. To odejście od stereotypu jednorazowej hojności na rzecz codziennych aktów miłości jest najgłębszą i najpiękniejszą rewolucją, jaką możemy wprowadzić do naszego życia. To miłość, która nie potrzebuje kostiumu, by być wiarygodna – to miłość, która po prostu jest, wczoraj, dziś i jutro.


Niech nasza refleksja nie kończy się na krytyce. Prawdziwe wyzwanie, które wynika z tej głębokiej analizy, to przekształcenie świadomości w codzienne działanie. Jeżeli Miłość jest strumieniem, a nie zbiornikiem, to powinniśmy pielęgnować każdy dzień jako okazję do jej swobodnego przepływu. To oznacza, że każda chwila – ta pozornie prozaiczna, nieoświetlona blaskiem świątecznych lamp – staje się polem do uprawy najszlachetniejszych uczuć.


Prawdziwa głębia ludzkiego życia tkwi w drobiazgach, w tej subtelnej, prawie niewidzialnej tkaninie codzienności. Jest w tym, że potrafimy zrezygnować z ostatniego słowa w kłótni, że ofiarujemy uśmiech, gdy sami jesteśmy zmęczeni, że dostrzeżemy cichy smutek ukryty za maską codziennego pośpiechu. Te ciche akty hojności są prawdziwym dowodem na to, iż miłość jest dla nas Filozofią Życia, a nie jednorazową scenografią.


Czyż więc nie wynika z tego naturalnie, że naszym najpiękniejszym przeznaczeniem i najgłębszym sensem jest tworzenie własnej magii każdego poranka? Otwórzmy się na tę prostą, a zarazem rewolucyjną prawdę: największy dar, jaki możemy dać, to nasza stała obecność i niezawodna dobroć. Niech ta świadomość będzie naszym nowym kalendarzem, a każdy wschód słońca – ciepłym zaproszeniem do kolejnego, spontanicznego aktu bezwarunkowej miłości. Bo tylko taka miłość, rozłożona na 365 dni, jest w stanie budować coś trwałego, coś, co przetrwa każdą iluzję.










©Withkacy Zaborniak