Surowy pejzaż wnętrza O tomiku "Ślady" Doroty Cobra Mazur
Nie każda książka poetycka próbuje zaskoczyć czytelnika oryginalnością formy, bogactwem odniesień czy językową wirtuozerią. Niektóre powstają z potrzeby znacznie bardziej osobistej: uporządkowania tego, co człowiek przez lata nosił w sobie, a czego nie potrafił lub nie chciał wcześniej wypowiedzieć. Debiutancki tomik Ślady Doroty Cobra należy, jak sądzę, do tej drugiej kategorii. Jest zapisem uczuć, wspomnień i doświadczeń, które nie układają się w jednolitą opowieść, ale pozostają ze sobą w bliskim związku. Łączy je pragnienie miłości, świadomość przemijania i trudna sztuka godzenia się z tym, czego nie można zatrzymać.
W tej poezji zwraca uwagę przede wszystkim bezpośredniość. Autorka nie buduje dystansu pomiędzy sobą a światem przedstawionym. Nie ukrywa emocji za rozbudowaną konstrukcją intelektualną, choć nie oznacza to, że rezygnuje z metafory. Przeciwnie, jej wiersze niejednokrotnie opierają się na obrazach prostych, zaczerpniętych z codzienności, którym osobiste doświadczenie nadaje dodatkowy sens. Sukienka, dłonie, herbata, wiatr, jesienne drzewa czy dotyk stają się znakami relacji między ludźmi, a zarazem świadectwem ich kruchości.
Debiut ten warto rozpatrywać również w kontekście współczesnej poezji osobistej, która często oscyluje między autentycznym przeżyciem a łatwym sentymentalizmem. Nawet najbardziej szczere uczucie wymaga znalezienia odpowiedniego języka, właściwej miary i formy. Dorota Cobra bywa w tym poszukiwaniu nierówna, lecz w najlepszych fragmentach potrafi zatrzymać doświadczenie w obrazie, który nie potrzebuje dodatkowego objaśnienia.
Odczytując Ślady, kilkakrotnie powracałem myślą do Agnieszki Osieckiej. Nie widzę tu bezpośredniego podobieństwa warsztatu ani ambicji kontynuowania jej poetyki. Przypomniała mi ją raczej wrażliwość: zdolność odnajdywania poważnych treści w sytuacjach pozornie zwyczajnych. Osiecka potrafiła z rozmowy, przedmiotu, gestu czy wspomnienia uczynić punkt wyjścia do opowieści o ludzkiej samotności i niespełnieniu. U Cobra również odnajdujemy tę skłonność do zatrzymywania się przy szczególe, który z czasem odsłania głębsze znaczenie.
Jednym z takich obrazów jest krótki fragment:
nie
przychodź
czarnych
drzew pora
nie
założę letniej sukienki
zbyt
zimno
Zaledwie cztery wersy, a jednak zawierają wyraźne napięcie emocjonalne. Początkowe „nie przychodź” brzmi stanowczo, choć nie wiemy, co poprzedziło tę odmowę. Nie ma tu oskarżenia ani próby wyjaśnienia sytuacji. Jest decyzja wypowiedziana przez kogoś, kto nie znajduje już w sobie gotowości do spotkania.
Letnia sukienka nie jest wyłącznie elementem garderoby. Przywołuje ciepło, swobodę i pewien rodzaj otwarcia na drugiego człowieka. Jej przeciwieństwem staje się chłód jesiennego pejzażu. „Zbyt zimno” można odczytać dosłownie, ale także jako rozpoznanie stanu relacji, w której zabrakło dawnej bliskości.
W dalszej części utworu pojawiają się słowa o oczach pozbawionych blasku i ustach, które utraciły smak. Uczucie okazuje się doświadczeniem nie tylko psychicznym. Jego obecność lub brak zmienia sposób, w jaki człowiek odbiera świat własnym ciałem. To ważna cecha tej poezji: emocje nie pozostają abstrakcją, lecz mają swoją temperaturę, ciężar i fizyczne następstwa.
W innych utworach autorka pokazuje jednak zupełnie odmienny stan – intensywność pragnienia, które nie chce pogodzić się z możliwością utraty.
zgarniam
zagarniam
przygarniam
każdy
twój dotyk
łapczywie
z
obawy przed utratą
spieszę
zapamiętać
szczerość
twych dłoni
Zatrzymam się przy trzech początkowych czasownikach. Nie są one zwykłym powtórzeniem. Każdy wnosi nieco inne znaczenie. „Zgarniam” sugeruje zbieranie tego, co dostępne. „Zagarniam” zawiera już pragnienie posiadania. „Przygarniam” przynosi gest czułości, bliskości i opieki. W kilku słowach poetka ukazuje sprzeczne odruchy człowieka zakochanego: potrzebę zatrzymania drugiej osoby, obawę przed jej odejściem i pragnienie ofiarowania jej własnego ciepła.
Najciekawsze jest jednak sformułowanie „szczerość twych dłoni”. Szczerość zwykliśmy wiązać ze słowem, intencją lub postępowaniem. Tutaj zostaje ona przypisana dotykowi. Dłonie stają się nośnikiem prawdy o uczuciu, być może bardziej wiarygodnym niż wypowiadane zapewnienia.
To właśnie w podobnych fragmentach Cobra najpełniej przekonuje jako poetka. Nie musi nazywać miłości wielkim uczuciem ani opisywać jej wyjątkowości. Wystarczy drobny gest, w którym skupia się cała niepewność ludzkiej bliskości.
Cielesność w Śladach nie jest jednak wyłącznie zapisem pożądania. Często łączy się z pamięcią i doświadczeniem niespełnienia. W jednym z utworów czytamy:
tak
znajome
tory
twoich ramion
przygarniają
mój
oddech
Obraz „torów ramion” jest szczególnie interesujący. Przywołuje coś rozpoznawalnego, niemal zapamiętaną drogę, po której ciało potrafi poruszać się bez zastanowienia. Bliskość nie wymaga tutaj wyjaśnień. Została już wcześniej doświadczona, zapisana w pamięci zmysłów.
Dalsze wersy przynoszą narastające napięcie, zakończone wyznaniem:
tak
niebezpiecznie
Cię
chcę…
Słowo „niebezpiecznie” zmienia sens całej sceny. Pragnienie nie jest już wyłącznie źródłem przyjemności. Towarzyszy mu świadomość ryzyka. Człowiek może pragnąć bliskości, choć przeczuwa, że przyniesie ona również cierpienie.
To jedna z głównych sprzeczności tej książki. Miłość daje poczucie pełni, ale jednocześnie odsłania ludzką bezbronność. Im większe znaczenie zyskuje drugi człowiek, tym dotkliwsza staje się możliwość jego utraty.
Jeszcze inaczej temat ten zostaje przedstawiony w krótkiej miniaturze:
twoje
ramiona
zorze
złamane na pół
nie
przygarnęły chwili
nie
doczekały świtu
odeszły
w
umieranie
Ramiona, które zwykle kojarzymy z bezpieczeństwem, zostają zestawione z obrazem przerwanej zorzy. Świt, symbol początku i odnowienia, nie nadchodzi. Pozostaje jedynie możliwość, która nie została spełniona.
Szczególnie przejmujące jest wyrażenie „nie przygarnęły chwili”. Nie chodzi już wyłącznie o utratę człowieka. Utracona zostaje także sposobność przeżycia czegoś, co mogło nadać życiu inny kierunek.
Ten wiersz pokazuje, że niespełnienie nie zawsze oznacza koniec istniejącej relacji. Niekiedy jest pamięcią o tym, co nie zdążyło się wydarzyć.
Podobne napięcie między odradzaniem się a cierpieniem odnajdujemy w obrazie ciała porównanego do motyla wychodzącego z kokonu. Początkowo pojawia się skojarzenie z przemianą, odzyskiwaniem sił i otwieraniem się na świat. Jednak ciało wciąż oddycha pamięcią wygasłego dotyku, a motyl ostatecznie opuszcza skrzydła, jakby próbował ochronić je przed bólem.
To obraz, w którym nadzieja nie zostaje całkowicie oddzielona od straty. Człowiek może się zmieniać, podejmować próby nowego życia, a mimo to nadal nosić w sobie doświadczenie dawnej bliskości.
W tych utworach szczególnie wyraźnie widać, że pamięć nie jest jedynie czynnością umysłu. Przechowuje ją również ciało. Zapamiętujemy sposób, w jaki ktoś nas obejmował, ciepło dłoni, zapach, oddech, niekiedy nawet najdrobniejsze poruszenie. Kiedy druga osoba odchodzi, te wspomnienia potrafią trwać dłużej niż wypowiedziane słowa.
Z tej perspektywy tytuł Ślady zaczyna nabierać coraz pełniejszego znaczenia.
Istotnym bohaterem tomu pozostaje również czas. W jednym z utworów poetka odrzuca powszechne przekonanie, że jego upływ przynosi ukojenie:
czas
nie
jest lekarstwem
na
samotność
nie
leczy
tęsknoty
nie
oswoi łez
To stanowisko pozbawione łatwego pocieszenia. Czas nie naprawia wszystkiego, nie przywraca utraconych możliwości ani nie usuwa z pamięci ludzi, którzy odegrali ważną rolę w naszym życiu.
Dalsza część wiersza przedstawia go jako siłę stopniowo odbierającą człowiekowi poczucie pełni. Dotyczy to nie tylko starzenia się, lecz także wewnętrznych przemian, których nie potrafimy zatrzymać. Z biegiem lat tracimy nie tylko bliskich, lecz również dawne wyobrażenia o sobie, niespełnione nadzieje i pewność, z jaką niegdyś patrzyliśmy w przyszłość.
Autorka nie próbuje uczynić z przemijania eleganckiej dekoracji poetyckiej. Czas jest tutaj doświadczeniem osobistym, niekiedy bolesnym, wpisanym w codzienność.
A jednak obok tych obrazów pojawia się potrzeba uwolnienia od tego, co nieodwracalne:
zapomnij
kto
o tobie zapomniał
puść
latawce
przyjaźni
sznurek
na wiatr
ku
wolności
niech
płynie
czas
wciąż
tak samo
serca
rzeźbi
więc
kochaj
póki
to niezabronione
Początkowe wezwanie do zapomnienia może wydawać się stanowcze, ale cały utwór ma bardziej złożony charakter. Obraz latawca oddanego wiatrowi przywołuje gest rezygnacji z kontrolowania relacji. Nie wszystko, co kochamy, możemy zatrzymać. Nie każda przyjaźń przetrwa próbę czasu, podobnie jak nie każde uczucie znajdzie wzajemność.
Wypuszczenie sznurka nie musi jednak oznaczać obojętności. Może być wyrazem szacunku dla wolności drugiego człowieka, a zarazem próbą odzyskania własnej.
Zakończenie wiersza ma w sobie coś przekornego. Pomimo doświadczeń, które mogłyby prowadzić do zamknięcia się przed światem, poetka pozostawia czytelnikowi wezwanie do miłości. Bez rozbudowanego morału: to prosta myśl kogoś, kto zna cenę przywiązania.
Dlatego Ślady nie są książką wyłącznie o cierpieniu. Są również zapisem uporczywego powracania do życia, do drugiego człowieka i do własnej zdolności odczuwania.
Wśród tych doświadczeń szczególne miejsce zajmuje samotność. Jedna z miniatur przedstawia ciszę, która bez zapowiedzi wchodzi do domu, rozgaszcza się z herbatą i stopniowo staje się częścią codzienności.
To interesujące odwrócenie tradycyjnego obrazu samotności. Cisza nie jest tutaj wyłącznie pustką po czyimś odejściu. Zyskuje niemal ludzką obecność. Można ją głaskać, tulić, oswajać.
W tej personifikacji odnajduję jeden z najbardziej czułych momentów całego tomu. Człowiek, który nie może zmienić własnej sytuacji, próbuje przynajmniej zmienić sposób jej przeżywania. Zamiast nieustannie walczyć z samotnością, zaczyna uczyć się własnego towarzystwa.
Nie oznacza to zgody na wszystko, co przynosi los. To powolne odzyskiwanie równowagi po utracie.
W zestawieniu z wcześniejszymi utworami o zachłannym zatrzymywaniu dotyku obraz ten nabiera szczególnego znaczenia. Poetka pokazuje dwa przeciwstawne stany: potrzebę niemal całkowitego zespolenia z drugim człowiekiem oraz konieczność odnalezienia siebie wtedy, gdy tego człowieka zabraknie.
Pomiędzy nimi rozciąga się znaczna część ludzkiego życia.
Nie wszystkie wiersze utrzymane są jednak w tonie melancholijnego wyznania. W niektórych język staje się bardziej gwałtowny, niespokojny, chwilami nawet przewrotny. Autorka potrafi przejść od delikatnego obrazu do wyznania pełnego niecierpliwości, gniewu czy niezgody.
W jednym z utworów podmiot liryczny zapowiada, że nie zawsze będzie mówić szeptem. Pojawia się gotowość do krzyku, przekleństwa, rozbicia szklanki o ścianę – wszystko w imię prawa do szczęścia.
Ten fragment przełamuje możliwe wyobrażenie o Śladach jako książce wyłącznie łagodnej, skupionej na tęsknocie i wspominaniu utraconej miłości.
Kobiecość przedstawiona w tych wierszach nie ogranicza się do cierpliwego oczekiwania, delikatności i zgody na cierpienie. Ma również prawo do buntu, niecierpliwości, gniewu i stanowczego wyrażania własnych potrzeb.
Nie zawsze jest to bunt uporządkowany czy elegancki. Bywa gwałtowny, ponieważ wyrasta z bezsilności. Właśnie dlatego brzmi wiarygodnie.
Podobne rozchwianie emocjonalne pojawia się w miniaturze rozpoczynającej się od słów „w uszach mych szum”, gdzie autorka zestawia cielesne doznania, alkohol, wspomnienia i pytanie o kierunek dalszej drogi.
w
chianti mózg moczę
gdzie
popłynę?
nie
wiem
Ten osobliwy obraz nie jest typowym poetyckim wyznaniem. Zawiera odrobinę autoironii, niepokoju i świadomego naruszenia językowej powagi. Pytanie „gdzie popłynę?” można odczytać jako próbę rozpoznania własnego położenia w chwili, kiedy emocje odbierają człowiekowi poczucie stabilności.
Takie fragmenty pozwalają dostrzec w autorce nie tylko osobę wrażliwą, ale też zdolną do zmiany tonu, gwałtownego gestu i spojrzenia na siebie z dystansem.
Pod względem formalnym Ślady są zbiorem krótkich, często bardzo oszczędnych wypowiedzi. Autorka chętnie wyodrębnia pojedyncze słowa, korzysta z przerzutni, urywa zdania i pozostawia czytelnikowi miejsce na dopowiedzenie sensu.
Niektóre utwory przypominają krótkie monologi wypowiadane do konkretnej osoby. Inne mają charakter wewnętrznego dialogu, w którym mówiąca próbuje przekonać samą siebie do określonej decyzji albo oswoić uczucie, którego nie potrafi jeszcze nazwać.
Ta właściwość nadaje poezji Cobra wyraźny potencjał sceniczny. Wiersze mogą zyskać szczególną siłę podczas głośnej interpretacji, kiedy znaczenie tworzą również pauza, oddech i intonacja.
Szczerość przeżycia jest ważnym początkiem, ale dopiero świadoma praca nad formą pozwala nadać mu trwałość artystyczną.
W najlepszych fragmentach Śladów widać, że autorka posiada tę zdolność. Potrafi zatrzymać emocję w obrazie, który pozostaje w pamięci czytelnika, nie wymagając dodatkowych wyjaśnień.
Osobnego namysłu wymaga malarstwo towarzyszące wierszom. Nie jest ono ozdobą książki. Ekspresyjna kolorystyka, kontrasty i swoboda form tworzą z tekstami interesujące dopełnienie: tam, gdzie wiersz urywa wypowiedź, kolor rozwija emocję w innym kierunku. Nie chodzi o dosłowne ilustrowanie treści, lecz o pokrewieństwo wrażliwości.
Malarstwo ma jednak własny język, własną kompozycję i autonomiczną wartość, więc zasługuje na osobne opracowanie, a nie na rolę komentarza do poezji. W Śladach słowo i obraz spotykają się w jednym tomie, ale każde z nich zachowuje prawo do samodzielnego oddziaływania.
Powracając do samych wierszy, trudno nie zauważyć, że ich najważniejsze tematy – miłość, samotność, czas, cielesność, utrata – prowadzą do jednego zasadniczego pytania: co pozostaje w człowieku po wszystkim, czego doświadczył?
Tytuł książki okazuje się pod tym względem trafny.
Ślad jest znakiem obecności czegoś, co być może już minęło. Może oznaczać pamięć spotkania, pozostałość po dotyku, bliznę, wspomnienie, ale również świadectwo drogi, którą człowiek przebył.
Niektóre ślady zacierają się wraz z upływem czasu. Inne trwają przez całe życie, wpływając na nasze decyzje, sposób odczuwania i stosunek do drugiego człowieka.
Bywa również, że nie potrafimy jednoznacznie rozstrzygnąć, czy pozostawiony w nas ślad jest źródłem cierpienia, czy wdzięczności. Niekiedy oba te uczucia istnieją jednocześnie.
Poezja Doroty Cobra dotyka właśnie tej niejednoznaczności. Nie próbuje porządkować ludzkiego doświadczenia według prostego podziału na szczęście i nieszczęście. Pokazuje, że miłość może jednocześnie ocalać i ranić, pamięć podtrzymywać życie i utrudniać pogodzenie się z utratą, a samotność bywać zarówno ciężarem, jak i początkiem odzyskiwania własnej równowagi.
W tym widzę jej najważniejszy sens.
Ta poezja nie daje gotowych odpowiedzi. Towarzyszy człowiekowi w pytaniach, z którymi musi on ostatecznie zmierzyć się sam.
Książka ta ma własny charakter. Nie sprawia wrażenia literackiego ćwiczenia ani próby podporządkowania się określonej modzie. Wyrasta z potrzeby wypowiedzenia tego, co dla autorki ważne, i odnalezienia języka zdolnego unieść ciężar osobistego doświadczenia.
To wystarczający powód, aby potraktować ją poważnie.
Na ocenie warsztatu, konstrukcji i sposobu obrazowania nie mogę jednak poprzestać. Byłoby to niepełne wobec tego, czym okazała się dla mnie sama lektura.
Niektóre fragmenty prowadziły mnie ku własnym wspomnieniom i pytaniom, na które nadal nie znalazłem odpowiedzi. Bywało, że czytałem te wiersze ze łzami w oczach. Odnajdywałem w nich coś znajomego, niekiedy boleśnie bliskiego.
Nie każda książka musi odmieniać życie czytelnika. Wystarczy, że potrafi zatrzymać go na chwilę i skłonić do spojrzenia na własne doświadczenia z innej perspektywy.
Ślady właśnie to we mnie uczyniły.
Wiem, jak trudne jest poszukiwanie własnego głosu. Wiem również, że samo wzruszenie nie stanowi jeszcze miary wartości literackiej. Poezja wymaga cierpliwości, odpowiedzialności za słowo i gotowości do nieustannej pracy nad sobą.
Mogę jednak powiedzieć coś, co wynika zarówno z uważnej lektury, jak i z mojego osobistego przekonania.
Dorota Cobra zasługuje w moich oczach na miano Poetki.
Nie dlatego, że jej wiersze są doskonałe. Lecz dlatego, że w tej książce odnajduję autentyczną potrzebę wypowiedzi, wrażliwość na ludzkie doświadczenie i obrazy, które potrafią wyjść poza granice osobistego wyznania.
To dobry początek drogi, która może prowadzić ku coraz większej artystycznej dojrzałości.
Życzę Dorocie, aby w dalszej twórczości zachowała tę wrażliwość, a jednocześnie coraz odważniej pracowała nad własnym językiem. Aby nie utraciła pokory wobec słowa i człowieka, lecz również nie obawiała się rozwijać swojego talentu, szukać nowych rozwiązań i stawiać sobie coraz większych wymagań.
Mam nadzieję, że za rok, za kilka lat, będziemy mogli spotkać ją ponownie na kartach kolejnej książki – bogatszej o nowe doświadczenia, bardziej świadomej artystycznie, a zarazem wiernej temu, co w Śladach wydaje mi się najcenniejsze.
Bo o wartości poezji nie rozstrzyga liczba pochwał ani uroczystych określeń, którymi obdarzamy autora. Rozstrzyga przede wszystkim to, czy jego słowa potrafią stać się ważne również dla kogoś innego.
Po zamknięciu tej książki pozostało we mnie kilka obrazów: letnia sukienka, której nie sposób już założyć, dłonie przechowujące szczerość dotyku, ramiona, które nie doczekały świtu, i cisza rozgoszczona przy herbacie.
Niewiele potrzeba, aby opowiedzieć o człowieku.
Czasem wystarczy kilka wersów.
I ślad, który po nich pozostaje.
© Withkacy Zaborniak
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
„Zawieszenie dłoni” Katarzyna Hudy
Czasem największym wydarzeniem dnia jest moment, w którym przestajesz walczyć z własnym zmęczeniem. Kładziesz dłoń na blacie, czujesz pod palcami chłód drewna i nagle rozumiesz, że nie musisz być dzisiaj nikim wielkim. Wystarczy, że jesteś. Właśnie w taką ciszę – kruchą jak opłatek i gęstą od niewypowiedzianych jeszcze słów – wchodzi ta książka. To nie jest lektura na szybkie popołudnie między jednym a drugim e-mailem. To zaproszenie do tego, by usiąść przy oknie, odstawić letnią już herbatę i pozwolić sobie na luksus bycia kruchym. Bo w świecie, który wymaga od nas pancerza, Katarzyna Hudy proponuje nam coś znacznie odważniejszego: powrót do prostej, bezbronnej prawdy o tym, co czujemy, gdy nikt nie patrzy.
„Zawieszenie dłoni” objawia się jako tomik poezji niezwykłej próby — pełnej czułości, a jednocześnie zadziwiająco logicznej w swojej emocjonalności. To twórczość, w której wrażliwość nie jest słabością, lecz najdoskonalszą formą poznania; w której prostota staje się narzędziem filozoficznej przenikliwości, a codzienność odsłania metafizykę. Poetka zatrzymuje pędzący świat, pozwalając czytelnikowi „zatrzymać pendolino czasu” i przypomnieć sobie, że duszy należą się „kąpiele z dobrych myśli i okłady z wybaczeń”, zanim proza życia znów przykryje ją obowiązkami. Pisze tak szczerze, że można „rozpłakać się jak dwulatek, bo nie tak pokrojone jabłko”, odzyskując prawo do swojej kruchości — i to właśnie stanowi jeden z najważniejszych aktów tej poetyckiej księgi.
Ta logika emocji, o której wspomina autorka, jest niezwykle trzeźwa. Nie ma tu histerii, jest za to precyzyjna zgoda na bycie niedoskonałym. Gdy myślę o tym źle pokrojonym jabłku, widzę w nim metaforę wszystkich naszych porażek w komunikacji ze światem. To zawieszenie dłoni nad losem staje się wtedy gestem błogosławieństwa dla własnej słabości. Idę dalej, śledząc wzrokiem linie, które czas wyżłobił nie tylko w papierze, ale i w nas samych.
Tomik otwierają wiersze, które przyjmują twarz jako mapę doświadczeń. „Zmarszczki”, będące jedną z najważniejszych miniatur całego zbioru, pokazują, że każda linia, każdy ślad zapisany na skórze jest „matrycą naszego losu”, archiwum wszystkich burzliwych podróg, jakie odbyliśmy. Lustro, które często bywa wrogiem współczesnego człowieka, staje się tu „dobrym przyjacielem”, świadkiem, który niczego nie ocenia — jedynie przypomina. Taka interpretacja własnego życia jest odzyskaniem godności i głębokiego współczucia wobec siebie.
Wewnętrzny dialog, który budzi się podczas lektury tych słów, każe mi zapytać samego siebie: ile razy odwracałem wzrok od lustra, nie chcąc czytać tej matrycy? Hudy zmusza do zatrzymania się. To współczucie, o którym pisze, nie jest litością – to profesjonalna, niemal biologiczna akceptacja faktu, że życie zostawia ślady. To przygotowanie do drogi przez własne, wewnętrzne ciemności.
W „Ciemnej dolinie” i „Pamięci o zapominaniu” Hudy ukazuje duchowy wymiar walki z losem. „Może pójdę ciemną doliną i tym razem przejdę ją całą” — to deklaracja odwagi, która nie wynika z heroizmu, lecz z akceptacji własnych ran. Poetka uczy, że odpuszczenie jest większą siłą niż zaciśnięte pięści, a lekcja serca jest najważniejszą lekcją życia. Kiedy pisze: „czasem zapominam, że potrafię wziąć głębszy oddech”, czytelnik widzi w tych słowach siebie — swoją walkę, swoje zapomnienia, swoją potrzebę czułości. Ten motyw — zawieszenia dłoni nad własnym losem, zanim podejmie się kolejny krok — jest jednym z kluczowych symboli tomiku „Zawieszenie dłoni”.
To wstrzymanie oddechu, ta pauza przed krokiem, to moment, w którym człowiek odzyskuje wolność. Nie jesteśmy już tylko reakcją na ból, stajemy się odpowiedzią na niego. W tym świecie, gdzie każdy chce być głośny, Katarzyna Hudy celebruje tych, którzy działają w ciszy, tych, których bohaterstwo nie mieści się w nagłówkach gazet, ale w codziennym, żmudnym trwaniu.
W „Pieśni o komandosach” Hudy tworzy jeden z najpiękniejszych hołdów codziennym bohaterom, jacy pojawili się we współczesnej poezji. Ludziom, którzy „nie zawsze ubierają mundury”, częściej noszą „trampki i zwykłe swetry”, a jednak „po wodzie chodzą też”. To subtelna przypowieść o sile ukrytej, niechcącej aplauzu, o męstwie, które objawia się w ciszy, w patrzeniu przez okno z nadzieją, w oddechu mierzonym metrami samotności. Serce „nie łamie im się, przecież to mięsień nie lód”, ale potrafi zadrżeć „kruchym opłatkiem”. Czytelnik uczy się tu tego, że wielkość człowieka mierzona jest pokorą.
Autorka z niezwykłą precyzją operuje prostą metaforą: „oddechem mierzą metry”, co staje się zapisem ludzkiego wysiłku, by iść dalej krok po kroku, nawet wtedy, gdy jest ciężko. Serce „nie łamie im się, przecież to mięsień nie lód”, a jednak potrafi drżeć — nucąc „po cichu, bez nut”. To poezja, która nie opowiada o heroizmie w wielkim stylu, lecz o codziennej wytrwałości, o umiejętności „malowania radości, albo przynajmniej szkicu”, kiedy pełnia nie jest możliwa.
Zauważam, że ten szkic radości jest często cenniejszy niż jej pełny obraz. Jest w nim prawda o wysiłku. Komandosi w trampkach to my wszyscy, gdy wstajemy rano, mimo że noc była za krótka na wybaczenie sobie wszystkiego. Ta pokora, o której pisze poetka, jest fundamentem, na którym można zbudować dom, nawet jeśli jedynym materiałem jest ciche „to nic”.
Szczególnie poruszająca jest obecna w tym wierszu pokora — gdy nie mogą być w domu na święta, mówią tylko „to nic”. W tych dwóch słowach zawiera się zarówno siła, jak i cicha tęsknota. Obraz „chodzenia po wodzie” nie jest tu triumfem, lecz delikatnym znakiem nadziei: wynurzania się z ciężaru smutku i gotowości, by iść dalej. Bohaterowie nie patrzą z żalem na życie — spoglądają przez okno, licząc na małe cuda, a przecież samo to, że potrafią trwać, już jest cudem. Wiersz domyka się gestem szczególnym: nie łamią się nigdy, a jeśli już — to tylko „kruchym opłatkiem”, w którym mieści się ciepło, wspólnota i człowieczeństwo.
I nagle ta metafizyka schodzi do kuchni. Tam, gdzie życie smakuje najbardziej surowo. Widzę postać pochyloną nad garnkiem, słyszę tykanie zegara, które odmierza czas przeznaczony na smutek i na karmienie innych. To jest ten punkt styku między duchem a materią, o którym Hudy pisze z taką bezwzględną czystością.
Wiersz „Zupa” jest jednym z najwybitniejszych momentów tomiku — i jednym z najdoskonalszych przykładów warsztatu autorki. Maleńka scena gotowania obiadu zostaje podniesiona do rangi kosmicznego dramatu. „Łzy kapały prosto na łyżkę” i „łykać własne łzy” — te obrazy uderzają swoją siłą, bo odsłaniają prawdę o człowieku, który w domowej kuchni przeżywa największe swoje bitwy. W tym utworze prostota jest geniuszem; minimalizm słowa osiąga maksimum znaczenia.
Hudy nie boi się dotykać tematów trudnych, jak w wierszu „Bieda”. Nie chodzi tu o brak pieniędzy, lecz „biedę mentalną”, w której człowiek traci zdolność dostrzegania drugiego. Autorka ostrzega, że „mysz kościelna będzie bogatsza” od kogoś, kto nie umie „uszanować różnorodności drugiego człowieka”. To apel o czułość wobec świata i o zrzucenie masek, które oddalają ludzi bardziej niż pusty portfel.
Refleksja nad biedą prowadzi nas do bogactwa, które jest ukryte w pamięci. W przedmiotach, które niosą zapach osób już nieobecnych. Ta ciągłość pokoleniowa, ten szacunek do rytmu natury i pracy rąk, jest w tej poezji kojący. To powrót do źródeł, gdzie mleko w kance jest symbolem bezpieczeństwa i stałości wszechświata.
Głębia filozoficzna tomiku polega również na niezwykłej umiejętności zamieniania życia codziennego w mit. Babcia Emilka z „Kanki”, która „myła kanki a o świcie wystawiała w nich mleko”, nie jest tylko postacią rodzinną — staje się figurą porządku, rytmu i pokory. Podobnie „termos”, oferujący „godzinę pożyczoną z zaplanowanego losu”, jest symbolem sprzeciwu wobec pośpiechu współczesności.
Wiersz „Termos” wprowadza do tomu szczególny rodzaj zmęczenia — nie fizycznego, lecz egzystencjalnego. W świecie „ekspresów do kawy pitej w biegu” i urządzeń, w których „obiad sam się zrobi”, pojawia się nagle potrzeba czegoś mniejszego, cichszego, bardziej własnego. „Czasem termos jest w sam raz” — ten wers brzmi jak osobiste przyznanie się do granicy, do momentu, w którym człowiek nie chce już nadążać. „Godzina pożyczona z zaplanowanego losu” staje się tu nie luksusem, lecz formą ratunku — przestrzenią, w której można jeszcze poczuć deszcz, wiatr i ziemię „tuż obok, a jednak dużo dalej od nas”. To wiersz o wyborze uważności zamiast nadmiaru i o potrzebie schronienia, które nie izoluje, lecz przywraca kontakt ze sobą.
To poetka, która z filiżanki, z truskawki, z łyżki, z okna potrafi uczynić bramę do sensu. W „Truskawkach” codzienny gest przygotowania dżemu urasta do rangi rytuału. Pod wieczkami konfitur spoczywa „matczyna miłość, ból nóg i trochę lata” — obraz, który sam staje się modlitwą o czułość.
Tomik jest również afirmacją ludzkiej relacyjności, czego wyrazem jest wiersz „Różnice”. „To, czego o sobie nie wiemy, przerzuca ku nam mosty” — zdanie to brzmi jak łagodny manifest przeciw światu podziałów.
„Pamięć o zapominaniu” jest wierszem szczególnie kruchym, jakby zapisanym w chwili zatrzymania, gdy nie ma już siły udawać ciągłej gotowości. „Czasem zapominam, że potrafię wziąć głębszy oddech” — to wyznanie nie domaga się odpowiedzi, lecz zrozumienia. Poetka odsłania tu codzienność, w której odpowiedzialność za świat bywa ważniejsza niż odpowiedzialność za własny rytm serca. Gdy pisze, że „duszy też się należą kąpiele z dobrych myśli i okłady z wybaczeń”, przywraca proporcje pomiędzy tym, co pilne, a tym, co konieczne. Ten wiersz nie przynosi ulgi wprost, ale pozwala ją nazwać — staje się zapisem cichego powrotu do siebie, zanim zapomnienie stanie się trwałym stanem istnienia.
Kończę tę podróż po wersach Katarzyny Hudej z poczuciem, że moje własne zawieszenie dłoni znalazło wreszcie swój sens. To nie był stracony czas, to była godzina pożyczona od przeznaczenia, by zrozumieć, że każdy oddech jest zwycięstwem.
Całość tomu „Zawieszenie dłoni” układa się w mapę drobnych cudów i wielkich zmagań. To poezja, która uczy „vidzieć, a nie tylko patrzeć”, i pozwala „uwierzyć znowu w szepty własnej duszy”. Czytelnik kończy tę książkę odmieniony — czulszy, łagodniejszy, głębszy. I być może to jest jej najprawdziwsza wartość.
© Withkacy Zaborniak
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
„Czasu bramy” Zbigniewa Mirosławskiego – to poetycki traktat o trwaniu, przemijaniu i nieśmiertelności słowa.
Z twórczością Zbigniewa Mirosławskiego obcuję od wielu lat. Posiadam kilka jego tomików i z każdym kolejnym sięgnięciem do tych kart czuję się zaproszony nie tylko do świata poety, ale także do świata bardziej uważnego istnienia. Gdy sięgnąłem po „Czasu bramy”, towarzyszył mi pewien rodzaj wewnętrznego drżenia — czy zdołam sprostać tej głębi, temu skupieniu i duchowej ciszy, którą niesie ta poezja? Lecz to właśnie ona, ta książka, otworzyła mnie na coś więcej niż lekturę. Dlatego z dużym szacunkiem, ale i z osobistym zaangażowaniem podjąłem się napisania tej recenzji.
Zbigniew Mirosławski w tomiku „Czasu bramy” tworzy nie tyle zbiór liryków, co wielowarstwowy traktat egzystencjalny – zapisany nie atramentem, lecz pamięcią, czułością i nieustającym dialogiem z tym, co było, co trwa i co dopiero przyjdzie. To poezja, która otwiera drzwi: do przeszłości i do nieskończoności – w przestrzeni historycznej, duchowej i osobistej.
To, co od razu uderza w tej poezji, to świadomość istnienia jako zadania. Mirosławski nie ucieka w konstrukcję podmiotu lirycznego oderwanego od rzeczywistości – wręcz przeciwnie, ugruntowuje się w konkretnym miejscu i czasie. A jednak jego głos wybrzmiewa jakby z innej epoki – zanurzony w refleksji, pozbawiony pośpiechu, a jednocześnie przesycony pilnością mówienia o tym, co znika. Autor nie afiszuje się z osobistą tragedią czy manifestem – raczej wyciąga dłoń w stronę czytelnika, jakby mówił: „zobacz, to wszystko było i wciąż jest”.
Już w pierwszym wierszu, otwierającym zbiór, odnajdujemy jego duchowy portret:
„Nasz dom wyrasta szumem traw, jego ściany to fale rozkołysane w nurcie rzeki oszalałej. […] uciekamy pomilczeć w szczere pola.”
Nie chodzi tu tylko o opis rzeczywistości – raczej o sposób bycia w świecie, który opiera się na kontemplacji, czułości i przeczuciu obecności „czegoś więcej”. Ten wiersz wprowadza podstawowy temat zbioru – dom, jako symbol wspólnoty i metafizyki. Dom to nie ściany, lecz pamięć, relacja i coś, co przetrwa nawet, jeśli zniknie z powierzchni ziemi.
Struktura „Czasu bramy” układa się jak mapa wspomnień i miejsc świętych: Kraków, Uniwersytet Jagielloński, dom rodzinny, wojskowe wspomnienia, Nowa Huta – wszystko to splecione nie chronologią, lecz wewnętrzną logiką doświadczenia. Wiersze nie są tylko rejestrami przeżyć – są opowieściami z innego wymiaru, w którym czas nie biegnie liniowo. Daty – jak „Maj 1926” czy „13 grudnia 1981” – nie są tu faktami historycznymi, lecz znakami bram, przez które przechodzi pamięć. Tomik ułożony jest jak liturgia wspomnień. Dedykacje, rozmowy z postaciami z przeszłości, listy – wszystko to buduje spójną narrację duchową.
Nie sposób nie zauważyć, jak ważną rolę w całym tomie odgrywa forma – nie tylko treść, ale i sposób jej podania. Znajdziemy tu zarówno wiersze wolne, jak i klasyczne formy sonetowe. Obecność przekładów sonetów Szekspira, wykonanych przez samego poetę, to wyraz nie tylko kunsztu, ale i głębokiego dialogu z tradycją. Dzięki temu „Czasu bramy” zyskuje jeszcze jeden wymiar – pomost między współczesnością a wiecznością poetyckiej formy.
Ważnym, często niedocenianym aspektem tego tomu jest jego dwujęzyczność. Obecność tłumaczeń na język angielski nie tylko czyni tę poezję dostępną dla szerszego kręgu odbiorców, ale także uwypukla jej uniwersalność. Tłumaczenia, przygotowane z wyczuciem i poszanowaniem oryginału, otwierają „Czasu bramy” na świat – bez utraty wewnętrznego rytmu, bez zdrady ciszy, którą te wersy niosą.
W wierszu „Ja tu gadam z kamieniem każdym” odnajdujemy istotę tej struktury:
„kamień wie – przetrwa, ja, nie jestem pewien.”
To forma ciągłego pytania o miejsce człowieka w świecie, który przemija. Mirosławski buduje kompozycję opartą na powrotach, rytmie oddechu i cieni zdarzeń. Przeszłość nie jest tłem – to żywa tkanka, przez którą prześwituje teraźniejszość i lęk o przyszłość. Tytułowy „czas” to nie tylko kategoria chronologiczna, lecz również pojęcie duchowe – czas duszy, pamięci, odwagi, czasu stawania się.
Mirosławski jest malarzem pejzaży duszy i miejsc. Obrazy, którymi się posługuje, nie są oderwane od rzeczywistości – wręcz przeciwnie, wychodzą z codzienności, by dotknąć sacrum. Jego metafory są miękkie, rozłożyste, nie efektowne, ale skutecznie wprowadzające czytelnika w wymiar głębszego widzenia. W tej poezji każdy obraz ma wagę – nie tylko estetyczną, ale i duchową. Obrazy nie są ozdobą, lecz znakiem obecności.
Poezja Mirosławskiego przepełniona jest odniesieniami do malarstwa, które staje się nie tylko inspiracją, lecz formą dialogu. W „Według Goyi” kot, który „ślepia utkwiwszy w gardle, szykuje się do skoku” – jest obrazem niepokoju śnionego w ciemnościach istnienia. W „Malarstwie” poeta przywołuje van Gogha, Chagalla, Wita Stwosza, traktując ich dzieła jak lustra duszy. To sztuka jako forma przetrwania, jako kod pamięci i wyobraźni. Współobecność tych wielkich twórców czyni z tomu duchowy traktat o sztuce jako schronieniu i źródle sensu.
Tematycznie tomik obejmuje spektrum od codziennych rytuałów po narodową traumę. To poezja konkretu i uniwersalności – przemijanie, utrata, miłość, historia, duchowość. Potrafi z aktu zmywania filiżanek uczynić liturgię:
„Rząd czystych filiżanek, jakby zęby w uśmiechu ktoś szczerzył… […] Strumień wody i już po kłopotach.”
Wątki polityczne, jak w „Maj 1926” czy „Radiowe melodie nocą”, nie są ideologią – są dramatem sumienia. Autor nie moralizuje, ale przypomina, że historia to także biografia porażek i krzywd, które nigdy nie zostały opowiedziane do końca. W jego wersach można odnaleźć gorzką lekcję pamięci zbiorowej i pytanie: co po nas pozostanie? Poezja staje się świadectwem, kroniką ducha, który przetrwał przez prawdę – nawet tę gorzką.
Styl Mirosławskiego cechuje oszczędność, celowość, klarowność. To poezja przejrzysta, nie uproszczona. Jej rytm nie wynika z metrum – wynika z oddechu duszy, z milczenia między wersami, które mówi więcej niż krzyk. W „Rozpoznaniu”:
„Nie boję się lustra. Zdecydowałem się być sobą do końca.”
To nie tylko deklaracja – to wyznanie. Autor pisze tak, jakby każda linia była ocaleniem prawdy. Ten minimalizm językowy niesie maksymalne emocje – to siła oszczędności, nie ubóstwa. Język staje się tu narzędziem dotyku – do wnętrza świata i wnętrza człowieka.
Duchowość tej poezji nie jest religijna w sensie dogmatycznym. To duchowość obecności, przemiany, śmierci i trwania. Odwołania do Goyi, Szekspira, Rilkego, van Gogha, Sartre’a czy Wita Stwosza nie są tylko cytatami – to duchowi patroni tej książki. W „Sonetach dla Orfeusza” Mirosławski odsłania jedną z najważniejszych bram sensu:
„On Nieśmiertelnym posłem, który trzyma szeroko Wrota Śmierci otwarte.”
To oczywista aluzja do mitologii greckiej – Orfeusza jako archetypu poety-przewodnika, który zstępuje do Hadesu. Właśnie taką funkcję pełni poeta w tym tomie – przewodnika po śladach istnienia. Starożytność, choć subtelnie obecna, jest fundamentem metaforycznym – szczególnie w sensie myślenia o przejściu, o bramie, o czasie jako zjawisku cyklicznym. Słowo, które przenika wiersze, ma moc mityczną – rodzi, zachowuje i przekracza śmierć.
Warto zwrócić uwagę także na obecność wiersza dedykowanego afrykańskim studentom – jako wyraz otwartości poety na inność, dialog i wspólnotę ponad granicami. Mirosławski nie zamyka się w perspektywie narodowej – przeciwnie, jego język obejmuje całość ludzkiego doświadczenia. Sartre, Senghor, Nyerere – to imiona znaczące, budujące most między kontynentami. Poezja ta przypomina, że każdy człowiek, niezależnie od koloru skóry czy historii, ma prawo do metafizycznego domu i pamięci.
„Czasu bramy” to księga o bramach, przez które wchodzimy i wychodzimy całe życie – do dzieciństwa, do wspomnień, do śmierci, do ciała, do słowa. To poezja bez przesady i bez hałasu, ale przez to silniejsza i bardziej prawdziwa. Zostaje po niej coś niezwykłego – uczucie, że ktoś w nas powiedział coś, co sami czuliśmy, lecz nie umieliśmy nazwać:
„Bo im ku tobie miłość zatrzymuje drogę. Moje myśli bezgłośne, ale niekłamane.”
Zbigniew Mirosławski jawi się w tej książce jako świadek – nie historii faktów, lecz historii duszy. W jego wersach odbija się echo tego, co minione i tego, co może nadejść. Jego poezja nie podnosi głosu, ale trwa – jak światło latarni na wzburzonym morzu, jak modlitwa zapisana w pamięci kamieni.
„Czasu bramy” to tomik głęboki, mądry, uduchowiony, zasługujący na wielokrotną lekturę. To dzieło, które nie tylko warto przeczytać – warto je mieć obok siebie, jak kamień milczenia, który mówi więcej niż krzyk.
© Withkacy Zaborniak
-----------------------------------------------------------------
"Echo serca" - Kilka słów o Tomiku Moniki Hebdy
"Echo serca" to coś więcej niż zbiór wierszy.
To rodzaj dialogu między autorką a czytelnikiem, zaproszenie do świata pełnego
emocji, refleksji i subtelnych obserwacji życia. Każdy tekst, każde słowo
niesie ze sobą głębię, która skłania do zatrzymania się na chwilę i spojrzenia
na świat z innej perspektywy.
Autorka, jako wnikliwa obserwatorka i czuła komentatorka ludzkich doświadczeń,
przeplata w swoich wierszach uniwersalne prawdy o życiu z delikatnymi niuansami
codzienności. W jej poezji odnajdujemy zarówno piękno chwili, jak i echo
najgłębszych rozterek. To świadectwo niezwykłej wrażliwości, która pozwala jej
dotrzeć do tego, co najistotniejsze – do ludzkich serc.
"Niektóre strofy zdają się być zapisem bólu, inne – celebracją
codzienności. Wszystkie jednak prowadzą nas w stronę czegoś większego:
refleksji nad sobą, nad naszym miejscem w świecie i w relacjach z innymi."
Choć niektóre wiersze mogą wydawać się osobiste, nie należy utożsamiać ich
bezpośrednio z autorką. Poezja ta czerpie inspiracje z różnych źródeł – z
doświadczeń jej własnych, ale również z historii zasłyszanych, z życia
bliskich, przyjaciół czy nawet zupełnie obcych ludzi. Autorka potrafi wniknąć w
najgłębsze zakamarki ludzkiej egzystencji i wiernie oddać to, co bliskie
każdemu z nas.
"To, co nas porusza w tej poezji, to jej autentyczność – nie przez pryzmat
biografii autorki, lecz przez zdolność wniknięcia w esencję ludzkich
doświadczeń, które mogą być wspólne nam wszystkim."
To właśnie ta zdolność sprawia, że tomik nie jest jedynie zbiorem wierszy, lecz
czymś więcej – przestrzenią do refleksji nad sobą i światem. Nie oznacza to
jednak, że autorka jest jedynie biernym obserwatorem. Wręcz przeciwnie – jej
zdolność do empatii pozwala jej tworzyć obrazy, które są zarówno intymne, jak i
uniwersalne.
Wiersze te są jak lustra – odbijają nie tylko fragmenty ludzkiej duszy, ale
także zapraszają do zastanowienia się nad własnym życiem. Dlatego tomik ten nie
jest jedynie zapisem przeżyć. Jest także przypomnieniem, że poezja potrafi być
mostem łączącym różne światy, różne doświadczenia i różne serca.
"Poezja, którą tu znajdujemy, nie jest tylko piękną formą słowa – jest
także mostem, który pozwala nam zbliżyć się do siebie nawzajem, oferując chwilę
prawdziwego zrozumienia i bliskości."
Niech więc te strofy pozostaną delikatną tajemnicą – taką, jaką każdy nosi w
sobie. Autorka, która prowadzi życie pełne satysfakcji i szczęścia, potrafi
jednocześnie zanurzyć się w czeluściach ludzkiej egzystencji, wydobywając z nich
prawdy uniwersalne. Dzięki swojej wrażliwości przypomina, jak ważne jest
otwieranie się na świat, na ludzi i na siebie samego.
"Niektóre wiersze zdają się nas ostrzegać, inne prowadzą nas przez
labirynt ludzkich uczuć – od radości po smutek. Wszystkie jednak pozostawiają
wrażenie, że w każdym z nas kryje się coś wyjątkowego."
Każdy wiersz jest podróżą – czasem w głąb własnej duszy, czasem w poszukiwaniu
odpowiedzi na pytania, które wciąż pozostają bez odpowiedzi. To przestrzeń,
która pozwala czytelnikowi znaleźć cząstkę siebie, swoje pytania, swoje
odpowiedzi, a także swoje marzenia.
"Tomik ten nie zamyka wierszy w ramy jednej interpretacji. Zostawia
przestrzeń – na nasze myśli, nasz świat i naszą wyjątkowość, którą możemy
odnaleźć między wersami."
Tomik ten nie tylko porusza, ale również inspiruje. Pokazuje, że sztuka –
szczególnie tak intymna jak poezja – może być mostem, który łączy nas z tym, co
ważne, piękne i wartościowe. Dlatego warto otworzyć serce na tę poezję i
pozwolić, by prowadziła nas przez swoje tajemnice, inspirując do refleksji i
odkrywania piękna w codzienności.
© Withkacy Zaborniak
---------------------------------------------------------------------------------------------------
PRZE(D)ŚWIT – recenzja tomiku poezji Moniki
Zając-Czerkies
Poezja Moniki Zając-Czerkies to głos, który nie chce być
powierzchownym zapisem wrażeń, lecz wyrazem czegoś głębszego – migotliwego,
trudnego do uchwycenia, a jednak boleśnie prawdziwego. Tomik
"PRZE(D)ŚWIT", który trzymamy w rękach, to zbiór pełen emocji,
metafor i językowej precyzji, który przenosi czytelnika w przestrzenie zarówno
intymne, jak i uniwersalne. Tytuł nie
jest przypadkowy – sugeruje subtelny moment przejścia, migotliwy stan między
światłem a cieniem, między jawą a snem. To nie tylko gra słów, ale także
zapowiedź poetyckiej podróży, w której granice znaczeń nieustannie się
przesuwają.
To nie są wiersze do szybkiej lektury. Autorka tworzy świat
wielowarstwowy, gdzie każde słowo, każdy wers to nie tylko nośnik treści, ale
także rytmu, kadru, chwili. Jej poetyka przypomina struktury nakładających się
na siebie warstw – jak łuski cebuli lub płatki róży. Każdy wers może zmieniać
znaczenie poprzedniego, a kolejne obrazy dopowiadają sensy, które wcześniej
pozostawały niedopowiedziane. Jest tu zarówno refleksja nad czasem i przemijaniem ("Poranne
umieranie"), jak i głęboko liryczna zaduma nad ludzką tożsamością
("Serce otulone duszą"). Autorka balansuje między subtelnością a
dosadnością, między poetyckim pejzażem a brutalną prawdą codzienności.
Monika Zając-Czerkies pisze językiem obrazów, tworząc
wielowarstwowe metafory, które oddziałują na wyobraźnię czytelnika. Jej wiersze
pełne są dynamicznych kontrastów – światła i cienia, ciszy i dźwięku, detalu i
rozległej perspektywy. Stosuje technikę ekfrazy, nadając poezji malarski
wymiar, jak w "Cumulus", gdzie chmury przybierają niemal
impresjonistyczny charakter, lub w "Zaśpiewie piasków przeszłych",
gdzie drobne ziarnka stają się symbolem mijającego czasu. Jej obrazy często
wykorzystują synestezję – światło ma ciężar, dźwięk staje się dotykalny, a
przestrzeń kurczy się i rozszerza w zależności od emocji podmiotu lirycznego.
W "Cumulus" unosimy się w powietrzu, wśród chmur, które
stają się nie tylko metaforą marzeń, ale i samego losu – delikatnego, ale
nieuchronnego. W "Zapalenie świateł w płucu" wrażenie filmowego kadru
zostaje skontrastowane z realnością przemokniętych butów, ukazując, jak bardzo
oddalamy się od istoty rzeczy w pogoni za estetyczną iluzją. Ten dualizm –
między wizją a rzeczywistością, między światłem a cieniem – przewija się przez
całość tomiku.
Nie sposób nie dostrzec tu także ciągłego dialogu z pamięcią.
Wiersz "Zaśpiew piasków przeszłych" staje się symboliczną podróżą
przez wspomnienia, które niczym ziarnka piasku przesypują się między palcami,
formując nowe znaczenia. "Boska tajemnica" to niemal mistyczne
spotkanie z naturą, gdzie drzewo staje się powiernikiem myśli, świadkiem
ludzkiej samotności. W "1897" mamy z kolei opowieść o kobiecie z
przeszłości, której życie, zamknięte w codziennych rytuałach, wydaje się ledwie
odciskami na drzwiach czasu.
Pod warstwą obrazów i metafor kryje się jednak silny ładunek
emocjonalny. Zając-Czerkies potrafi być delikatna, jak w "Aureoli
dzieciństwa", gdzie przeszłość splata się z niewinnością, ale i niezwykle
surowa – jak w "Firance z drutu kolczastego", gdzie poczucie
bezpieczeństwa zostaje zestawione z więzieniem własnych lęków. W tym tomiku
wiersz nie jest tylko tekstem – jest przeżyciem, doświadczeniem, czasem niemal
dotykalnym.
Poezja Moniki Zając-Czerkies to także poszukiwanie. Wiersze takie
jak "Metamorfoza" czy "Portret czerni z kołem barw"
stawiają pytania o to, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy i jak zmienia się nasze
postrzeganie świata. Jest to poezja, która odczytuje siebie w ciągłym ruchu, w
procesie przeobrażania, dojrzewania do odpowiedzi, które nigdy nie są
jednoznaczne. Pisanie tych wierszy jest także formą odkrywania – autorka nie
tyle relacjonuje gotowe przemyślenia, ile podąża za intuicyjnym procesem
budowania znaczeń.
Jednym z najbardziej intrygujących aspektów tej twórczości jest
jej związek z cielesnością i
zmysłowością. Wiersze, takie jak "Erotyk w jasności światła" czy
"Kocie salta", odkrywają fizyczność jako element tożsamości, jako
ekspresję istnienia i sposób komunikowania się ze światem. Jest w tej poezji
dotyk, ruch, napięcie – wszystko, co sprawia, że słowa żyją nie tylko na
poziomie myśli, ale także doświadczenia somatycznego.
Poezja Moniki Zając-Czerkies jest mocno związana ze sztuką –
zarówno w warstwie obrazowania, jak i w sposobie budowania wiersza. W jej
tekstach odnajdujemy echa malarstwa, muzyki, impresjonistycznego światłocienia,
a także wyraźne odniesienia do symbolizmu i ekspresjonizmu. Jej styl przypomina
atmosferę malarstwa Williama Turnera, gdzie światło i mgła przenikają się w
ulotnych formach, ale i muzykę Claude’a Debussy’ego, w której dźwięki stapiają
się w płynne, oniryczne pejzaże. To nie tylko zapis emocji, ale świadome
operowanie estetyką i kompozycją poetycką, co sprawia, że każdy wiersz ma swoją
unikalną harmonię.
Jej twórczość jest również osadzona na granicy jawy i snu,
rzeczywistości i fantazji. Jej wrażliwość na obraz, światło i cień sprawia, że
jej poezja momentami przypomina kadry ze starego kina – niekiedy oniryczne,
innym razem surowe, ale zawsze nasycone głębią emocji i ukrytą historią.
Wiersze często wydają się wyrwane z innego wymiaru, gdzie czas i przestrzeń
ulegają zniekształceniu. Ta poezja nie tylko opisuje świat, ale go współtworzy,
pozwalając czytelnikowi na odkrywanie własnych ścieżek interpretacyjnych.
Warto również zwrócić uwagę na jej niezwykłą wrażliwość na dźwięki
i kolory. Każdy wiersz pulsuje rytmem, budując niemal muzyczną strukturę, w
której fonetyka słów staje się równie istotna jak ich znaczenie. Dzięki temu
wiersze Zając-Czerkies nie tylko się czyta, ale niemal słyszy i czuje.
Symbolika natury odgrywa w tej poezji szczególną rolę – światło,
powietrze, woda i ziemia nie są tu jedynie tłem, lecz żywymi nośnikami emocji i
znaczeń. Monika Zając-Czerkies wydaje się być "dzieckiem żywiołów",
które przemawiają w jej wierszach, tworząc nieuchwytny, a jednak intensywnie
odczuwalny nastrój. Nie znaczy to, że niedopowiedzenie jest brakiem treści –
przeciwnie, staje się przestrzenią, w której czytelnik może się zatrzymać i odnaleźć
własne interpretacje. To poezja, która wpuszcza światło i pozwala, by odbiorca
sam odkrywał jej tajemnice.
Tomik "PRZE(D)ŚWIT" nie tylko eksploruje wrażliwość
indywidualną, ale także przywołuje przestrzeń uniwersalnego doświadczenia
ludzkiego. To poezja, która wymaga od czytelnika otwartości na symbolikę, na
grę znaczeń ukrytą między wersami, na emocjonalne współodczuwanie. Wymaga
uważności, pozwalającej dostrzec poetyckie obrazy i ich głębię, ale też pewnej
intuicji, bez której trudno uchwycić sens wielu ukrytych znaczeń. To wiersze
dla tych, którzy lubią być prowadzeni przez świat metafor, ale też takich,
którzy chcą sami odkrywać jego zakamarki.
Tytuł "PRZE(D)ŚWIT" sugeruje subtelne przenikanie się
światła i cienia, odkrywanie ukrytych przestrzeni między tym, co jasne, a tym,
co niedopowiedziane. Jest to gra między jawą a snem, między tym, co uchwytne, a
tym, co pozostaje tajemnicą.
A jaka jest puenta tego tomiku? Można by powiedzieć, że to
refleksja nad nietrwałością, nad ulotnością doświadczenia, które mimo wszystko
zostawia swój ślad. To zapis istnienia w słowie, w pamięci, w cieniu rzeczy,
które mijają, ale nigdy nie znikają całkowicie. To poezja, która zostaje, jak
ślad na piasku – nieuchronnie rozwiewany, ale nigdy całkiem wymazany.
© Withkacy Zaborniak
---------------------------------------------------------------------
O "Selfie z milczącym aniołem" Zbigniewa Michalskiego.